Kiedy ogłoszono, że tegoroczną, literacką nagrodę Nobla otrzymał Laszlo Krasznahorkai, zdziwiłem się i zawstydziłem.
– Ech Szarku, Szarku – pomyślałem. Żonglujesz na fejsie tytułami książek i nazwiskami pisarzy, niczym klaun piłeczkami. Chwalisz, ganisz, recenzujesz, udajesz znawcę literatury, a Krasznahorkaiego przeoczyłeś.
A było tak:
Od wielu lat każde wakacje spędzam w nadbałtyckim kurorcie, gdzie pracuję na straganie z zabawkami. Handel idzie mi raz lepiej, raz gorzej, często wcale nie idzie tylko leży, ale czas spędzony za ladą, dłuży się, jak droga stąd do Świnoujścia.
Gdy świeci słońce, wczasowicze już od rana śpieszą na plaże, żeby zająć najlepsze miejscówki pod parawany i nie myślą o zakupach. Ruch w interesie zaczyna się dopiero wieczorem, kiedy opaleni rodzice wracają ze swoimi pociechami znad morza. Ale straganiarz musi warować za ladą od świtu, jak wierny Burek na łańcuchu.
A kiedy pada, kuracjusze wylegują się w swoich apartamentach do obiadu. Potem ubierają peleryny i biegną do smażalni na dorsza z frytkami. Zdarza się, że w przerwach między ulewą a kapuśniaczkiem, jakiś klient zachodzi na stragan, aby kupić dziecku pluszową kapibarę, więc sprzedawca musi być na posterunku.
Czy to w deszcz, czy w słoneczną spiekotę stoję 10 godzin za ladą i żeby nie umrzeć z nudów – czytam.
Dlatego wciąż szukam nowych lektur i uzupełniam czytelnicze zapasy.
Zakupy robię w wielkich hangarach z książkową taniochą. W nadmorskich kurortach ich nie brakuje. Za grosze można tam nabyć pozycje, które przez lata zalegały na półkach normalnych księgarni. Książki, których nie chciał ani masowy, ani wybredny czytelnik. Są tam nie straszne horrory, nudne thrillery, ciągnące się, niczym pociągi towarowe sagi historyczne, skandynawskie kryminały tłumaczone z drugiej ręki, zakręcone jak koty wokół własnego ogona nowoczesne powieści, poradniki dla wędkarzy, zdezaktualizowane przez internet słowniki i mapy samochodowe oraz dzieła przyszłych noblistów!
W ten sposób trafiłem na wydaną 20 lat temu “Melancholię sprzeciwu” Krasznahorkaiego.
Kiedy latem tego roku szperałem wśród książkowego chłamu, zapełniającego lady stoiska z przecenionymi książkami, zauważyłem w kącie hangaru kilkanaście egzemplarzy powieści węgierskiego pisarza w cenie trzy pięćdziesiąt za sztukę.
Cena mnie zachęciła, ale książka znudziła. Albowiem nie cierpię postmodernistycznej, groteskowej narracji, posługującej się strumieniem świadomości, tryskającym, jak fontanna z kutasa niezliczonymi kropelkami dygresji. Świat takich powieści zawieszony jest z reguły w enigmatycznych przestrzeniach i czasach – lokalnych, ale aspirujących do uniwersalnych. Nie trawię tej pretensjonalnej i wyświechtanej, jak frak kloszarda maniery.
Dlatego cisnąłem w kąt książkę przyszłego noblisty, żałując wydanych na nią groszy.
A teraz bum! – Zrobił się Nobel i szum! Wszelkiej maści koneserzy na wyprzódki rzucili się chwalić i pisać recenzję, obnosząc się ze znajomością dzieł węgierskiego pisarza. Salonowi krytycy wychwalają literaturę Krasznahorkaiego pod niebiosy, zaznaczając, że jego pisarstwo można odczytać, jako metaforyczną krytykę polityki Orbana. No i zawsze musi być wzmianka o Beli Tarze, żebyśmy wiedzieli, że rodzimi znawcy węgierskiej literatury Trurulowi spod ogona nie wypadli.
Zaś najbardziej rozbawił mnie pewien profesor z Torunia, który najpierw ogłosił, że Nobel dla Węgra nie jest gestem politycznym, a w następnym akapicie napisał, że dla Węgier ta nagroda jest czymś więcej niż tryumfem literatury – “to moralne potwierdzenie niezależności kultury, która mimo prób zawłaszczenia przez władze pozostaje wolna. Krasznahorkai jest pisarzem niepodległym wobec ideologii i państwa, a jego twórczość reprezentuje demokratyczne ideały elit, protestujących przeciwko zakusom autorytarnych polityków”
– napisał toruński luminarz!
Trochu mnie tym zdenerwował, ale tylko trochę, bo zmierzałem do puenty.
Zaś puenta mojej opowieści jest taka – czytelniku jeżeli chcesz wiedzieć, który autor dostanie w przyszłym roku Nobla – szukaj jego książek na wyprzedażach.
Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz