Dziś zabiorę Was na spotkanie, na wyprawę z ludźmi, którzy swoją odwagą, żelazną wolą i pomysłowością dokonali czegoś niebywałego.
To co zrobili to nieosiągalne dla większości Himalajaje ludzkiej wytrwałości i dążenia do celu.
To celowe porównanie bo rok przed nimi, 17 lutego 1980 roku Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki zdobyli zimą najwyższą górę Świata, wprawiając Świat w osłupienie.
Everest?
Zimą?
Przecież to jest niemożliwe.
Tu tak samo.
To jest nieosiągalne.
Nie dla Polaków…
Pojedziemy do Peru.
Ale najpierw potrzebny będzie wojskowy STAR…
Tak naprawdę to ich celem była Argentyna
I do tej wyprawy rozpoczęli przygotowania.
Pewni siebie planowali kilkanaście-kilkadziesiąt spływów kajakowych górskimi rzekami Argentyny.
Planowali na to z transportem sprzętu max kilka miesięcy.
I w końcu do tej Argentyny dotarli.
Po 3 latach.
I po przybyciu 100 tysięcy kilometrów.
A Argentyna – ich pierwotny cel stał się drugorzędnym.
Co zrobić by znaleźć się w Ameryce Południowej?
Dziwne pytanie, kupić bilet i polecieć.
Tak właśnie ja zrobiłem.
2 samoloty, druga półkula, przekroczony równik, niecałe 20 godzin i jestem w Peru na wybrzeżu Pacyfiku.
Proste jak drut.
Ale 50 lat temu to było jak wyprawa na Marsa.
Jest koniec lat 70-tych.
Politechnika Krakowska.
Grupa przyjaciół, studentów dzielili wspólną pasję.
Kajakarstwo górskie.
Działali w Akademickim Klubie Kajakowym „Bystrze”.
Gdy tylko mogli spływali górskimi rzekami w Polsce.
Tylko nie oszukujmy się, za wiele tych rzek nie mamy, a te które mamy do specjalnie wymagających nie należą.
Chłopaki chcieli spróbować czegoś nowego.
Prawdziwego wyzwania.
W jakimś egzotycznym miejscu.
Narodził się pomysł wyprawy do Ameryki Południowej.
Powstaje akademicki zespół Canoandes ’79.
Na drodze stanęła abstrakcyjna PRL-owskwa biurokracja.
Próbą odpowiedzi na nią był sport.
Kraje bloku wschodniego traktowały sukcesy w sporcie jako sposób pokazania zachodowi, wyższości socjalistycznego ustroju.
Próba zorganizowania czegokolwiek była mordęgą.
Przygotowania trwały aż 18 miesięcy…
Udało się „załatwić” wielkiego wojskowego STARA 266 z równie wielką przyczepą, na którą załadowano 21 kajaków.
W sumie zebrali 25 ton sprzętu.
Mogli ruszać.
STAR ruszył do Gdyni.
Dwa wysłużone VW Transportery „Ogórki” do portu w Bremenhaven.
Statki wypływają.
Część ekipy samolotem, cześć statkami.
10 śmiałków.
Nie wiedzieli na co się porywają…
Między Argentyną a Chile, wybucha konflikt graniczny o zwierzchnictwo nad 3 wysepkami istotnymi tylko dla nich.
W Argentynie rządziła junta wojskowa, w Chile Pinochet.
Konflikt o nic, ale dla nich to wystarczyło i rzucili się sobie do gardeł.
Władze Argentyny anulowały wizy i pozwolenia.
Wszystko.
Pozamiatane zanim jeszcze się zaczęło.
Ale nie dla nich.
Krótka dyskusja i zmiana planów.
Skoro nie możemy do Argentyny (na razie), to spróbujemy Meksyk licząc, ze na miejscu da się zmienić na Argentynę i ponownie zdobyć stosowne papiery.
Wyładowują sprzęt i zabierają się za to, po co przyjechali – eksplorację górskich rzek w stanie Vera Cruz.
Meksykańske rzeki brutalnie weryfikują ich umiejętności.
Ich brak.
Szybko stracili pięć, a później dwa kolejne kajaki
Kajaki pękały po pojedynczych uderzeniach w skały.
W większości sami je robili w Polsce, to była prawdziwa amatorka, tylko jedna warstwa włókna szklanego.
Ale oni nie mieli wtedy innej możliwości.
Łata z włókna szklanego, ręce umorusane żywicą.
Ciągłe naprawy.
I tak cały czas.
To samo z ciężkimi drewnianymi wiosłami.
Pękały jak zapałki.
Błyskawicznie skończyła się kasa.
Komunistyczne władze zabraniały zabierać większej ilości gotówki.
Ta szybko się skończyła…
Zabrali STARA i pojechali do … Casper w Wyoming.
Zarobić.
Stali się lokalną sensacją.
Widok tej masywnej ciężarówki z wielką przyczepą wyładowaną kajakami szybko przyciągał uwagę.
Gdy po drodze wjechali do Las Vegas, towarzyszyła im lokalna TV.
W Vegas poznali team polskich akrobatów cyrkowych, zakumplowali się.
Dotarli do Casper.
Lokalsi okazali im wiele życzliwości.
Dostali pozwolenie na pracę.
Malowali domy, naprawiali dachy.
Całkiem sporo zarobili, kupili profesjonalny zachodni, wyczynowy ponton i ruszyli z powrotem do Meksyku.
STAREM oczywiście.
I tu dostali strzała, od polskich władz.
W Mexico City ambasador powiedział, że 6 miesięcy które mieli na wyprawę minęło i zabierają im STARA.
Adios, a oni sami mają wracać do Polski.
Formalnie było po wyprawie.
Załamka.
Pół ekipy zrezygnowało i postanowiło wrócić do kraju.
Pozostałych 5-ciu zrobiło gest Kozakiewicza i powiedzieli, że ciężarówki nie oddadzą i, że rozpoczynają już własną ekspedycję.
Wywoływało to wielki wq…w komunistycznych władz, które przestały być miłe.
Cyrkowcy, których poznali w Vegas, podarowali im starego Chevroleta i wsparli plikiem zielonych pieniędzy.
Pickup przerobiony naprędce na kampera, pozwolił na kontynuowanie podróży na południe.
Do „zbuntowanej piątki” dołączyło później jeszcze dwóch Polaków, którzy przebywali już w Ameryce…
Andrzej Piętowski, Piotr Chmieliński, Jerzy Majcherczyk, Stefan Danielski, Krzysztof Kraśniewski, Jacek Bogucki, Zbigniew Bzdak.
Giganci którzy jako pierwsi przepłynęli kanion rzeki Rio Colca.
Najgłębszy kanion Świata…
Każdą chwilę wykorzystywali do ćwiczeń na rzekach i podnoszenia umiejętności, budząc coraz większe zainteresowanie w Meksyku.
Na spotkanie zaprosił ich Minister Turystyki.
Podarował im 10 tysięcy dolarów.
Ruszyli w stronę Kostaryki.
Nie planowali tylu przystanków, ale wyprawa, która trwała już wiele miesięcy wielokrotnie zmieniała swój pierwotnie założony plan.
Ambicja i świadomość, że muszą podnosić swoje umiejętności kierowała ich do kolejnych rzek.
Przez pomyłkę, bo celowali w inną rzekę, pokonali ikoniczną dziś Rio Paquare w Kostaryce.
Jako pierwsi dokonali wielu spływów na dziewiczych rzekach.
Ich popularność rośnie w kolejnych odwiedzanych krajach Ameryki Środkowej.
Na początku lokalnych mediów.
A później prasa krajowa i ministerstwa turystyki przekazują informacje o ich dokonaniach i odkryciach.
W Gwatemali ich mini konwój dogonił wojskowy dżip.
Żołnierze nigdy nie widzieli kajaków, a załadowany nimi STAR wyglądał dla nich jak ciężka wyrzutnia rakietowa.
Myśleli, że przemycają rakiety do Nikaragui.
Gwatemalczycy rozmawiali przez radio.
Zrobili zdjęcia, kazali sobie zapłacić i ich puścili.
Jadą dalej.
Dotarli do Salwadoru i utknęli na granicy.
Sandiniści nie chcieli ich wpuścić.
W Salwadorze trwała krwawa wojna domowa.
Po co nam tu komuchy z jakiejś Europy, walczymy z własnymi.
Pokazali wielkie zdjęcie Papieża, które zabrali ze sobą z Polski – skoro my komuchy to on też.
To wystarczyło.
Los Polacos?
Juan Pablo II?
Vamos Amigos.
Papież zagościł na stałe na szybie samochodu, to ułatwiało pokonywanie kolejnych granic.
Jest początek 1981 roku.
Są w Peru.
W rejon rzeki Rio Colca i samego kanionu Colca przybyli 13 maja 1981 roku, dotarli do miasteczka Chivay.
Decyzja o spływie zapadła właściwie tuż po dotarciu na miejsce i rozpoznaniu terenu.
Nie mieli w planach odkrycia najgłębszego kanionu świata.
Nie mieli pojęcia, że właśnie na niego patrzą.
Ówczesne mapy i geodane były bardzo nieprecyzyjne.
Oni po prostu chcieli zmierzyć się z kolejną nieznaną, górską rzeką.
Sam Kanion Rio Colca ma długość 120 kilometrów.
To w sumie niewiele, bo Kanion Kolorado ma aż 446 kilometrów.
Ale różnica poziomów między jego wlotem który jest na wysokości 3050 metrów, a wylotem na 950, wynosi 2 kilometry i 100 metrów.
To tak jakbyśmy chcieli spłynąć z tatrzańskiego Kościelca do Krakowa.
Z zaznaczeniem, że Kraków byłby na poziomie morza.
Jakiś absurd…
Kanion Colca to najgłębszy kanion na świecie.
Ma głębokość ponad 4 kilometrów.
Dwa razy tyle co monumentalny przecież Kanion Kolorado.
Dno kanionu przypomina krajobraz księżycowy, jest pokryte głazami i praktycznie pozbawione jakiejkolwiek roślinności.
Jest 17 maja 1981 roku.
Ten dzień.
Dżinsy, drewniane wiosła.
Zostały im tylko 2 kajaki i kupiony w Stanach ponton.
Kaski hokejowe na głowie – nie było innych.
Antyczne kamizelki ratunkowe, które nasiąkały wodą i raczej ciągnęły w dół zamiast ratować.
Zapasy jedzenia na 5 dni.
Obserwowani przez zdumionych i nieufnych potomków Inków w Chivay, ruszyli w stronę kanionu.
Stanęli na brzegu rzeki w miejscu gdzie się zaczyna i ruszyli.
Nigdy przed nimi nie było tam nikogo.
Początek dość łagodny.
Nie spodziewali się, że za chwilę wkroczą prosto w gardziel, wodnego piekła…
Zaiste było to prawdziwe piekło.
Rozbierali się do naga i kładli na rozgrzanych skałach by się ogrzać.
Po 3 dniach zrozumieli, że muszą racjonować żywność.
Po 5 dniach nie pokonali nawet 20 kilometrów ze 100.
Żadnych szans na wspinaczkę do góry by znaleźć coś co nadawałoby się na posiłek.
10 dzień spływu.
Skończyło się jedzenie.
Mieli go na 5 dni, racjonowanie pozwoliło wydłużyć ten czas.
11 dnia dotarli do Canco mikro-małej plantacji.
Byli w połowie drogi.
Kupili jakieś jedzenie od rolnika, bo przez ostanie dni pili wodę z rzeki z cukrem.
Jeden z kajaków złożył się w potężnym wirze jak kartka papieru.
Dotarli do płaskiego 50-metrowego kawałka rzeki.
Za nim, na rzece stanęły na ich drodze trzy wodospady.
Ostatni cały kajak położyli na ponton, przywiązali i ruszyli.
Prawie się utopili ale pokonali spienione piekieło.
To był najtrudniejszy fragment.
Po 17 dniach walki o życie wypłynęli z drugiej strony.
Pierwsi ludzie na Ziemi, którzy pokonali najgłębszy kanion na ziemi.
Sprzęt w zasadzie nie nadawał się już do użytku.
Zostały im 2 dolary
Szybko rozniosły się wieści o tym niebywałym wyczynie.
Rekord Guinnessa, wywiady.
Argentyna.
Pierwotny cel sprzed 3 lat.
Rio Gayegos.
Ostatnia rzeka przed Ziemią Ognistą.
Ich ostatnia rzeka.
Wrócilu do Peru i w Limie szykowali się do powrotu.
Gdy już się pakowali nastał 13 grudnia 1981 roku.
Stan Wojenny.
Zostali w Peru.
Organizowali zbiórki pieniędzy dla Solidarności.
Byli popularni wystąpili w peruwiańskiej TV mówiąc co myślą.
Na ulicach Limy odbywały się popierające ich demonstracje.
W kraju byli spaleni.
Ich rzecznikiem stał się Mario Vargas Llosa – słynny pisarz Noblista.
Ambasador PRL rozkazał im natychmiast wracać i rzucił im na stół bilety na samolot do Polski.
Przez Moskwę.
LoL.
Kazali mu spadać.
Mieli jeszcze ważne kilka dni wizy tranzytowe.
Ostatniego dnia ważności wylądowali w Miami.
Zostały dwie godziny ważności dokumentów.
Po wielu godzinach rozmów, wstawiennictwa ważnych przyjaciół dostali pozwolenie na 6 miesięcy pobytu.
Pojechali do Casper.
Do tego samego miasta.
Malowali domy.
W końcu Senator Simpson załatwił im azyl w Stanach.
Później Piotr Chmieliński, uczestnik wyprawy Canoandes ’79 jako pierwszy człowiek samotnie przepłynął całą Amazonkę.
Uczestniczyli w programach popularyzatorskich.
Razem z National Geographic w 1983 roku, część ekipy ponownie dotarła na dno Kanionu, który uczynił ich nieśmiertelnymi.
Los Polacos
Los Gigantes.
Tłumaczyć nie trzeba.
Stojąc na samej krawędzi na górze Kanionu Rio Colca, miałem szczęście i do słonecznej pogody i do andyjskich kondorów, które wykorzystują kominy ciepłego powietrza by szybować bez końca.
Sam Kanion jest gigantyczny.
Patrzysz i zastanawiasz się … jak?
We wspomnianym mieście Chivay stoi pomnik poświęcony siódemce szaleńczo odważnych Polaków, a tablica pamiątkowa napisana przez Peruwiańczyków zabawnie poprzekręcaną polszczyzną, wzbudziła we mnie dumę.
Po drodze do kanionu jest małe muzeum a w nim fotografie i poster widoczny na zdjęciu.
Jak myślicie, kto dziś porwałby się na coś takiego?
Kto by w ogóle o tym pomyślał?
Felieton można dowolnie udostępniać, to pomaga budować zasięgi.
Dzięki za to z góry.
Zdjęcia i filmy: moje własne.
Zdjęcia z wyprawy: Canoandes, tylkokuźnia info.
Autor: Marcin Andryszczak
Warszawski farmaceuta zafascynowany wielkimi i przełomowymi odkryciami nauki.






Zostaw komentarz