Jestem tylko biernym obserwatorem, całkowicie na uboczu wydarzeń. Mam świadomość przebiegu pewnych procesów ekonomicznych i socjologicznych, choć nie uważałem się nigdy i nie uważam za żadnego eksperta w tych dziedzinach. Jako historyk rzecz jasna obcuję z nimi na co dzień i powiedzmy – mam odrobinę lepszą ostrość widzenia różnych zjawisk z uwagi na szerszą i dokładniejszą skalę porównawczą. Jestem też demokratą z krwi i kości – człowiekiem pełnym wiary w sztukę dyskusji, w zdolność do uzyskania satysfakcjonującego wszystkie strony kompromisu.
Teraz jednak mówię – dość tego, koniec rozmów i dyskusji. Koniec wysyłania w polemiczny bój jakichkolwiek merytorycznych argumentów wyłącznie po to, by dowiedzieć się, że „za Tuska” było tak i tak, że obecnie wspaniałe i wiekopomne dzieło reformy całego państwa i wszelkich jego struktur stoi pod znakiem zapytania z powodu „komunistycznych/postkomunistycznych sędziów”, że w zasadzie sam jestem „ruską onucą”, a w najlepszym razie „lewakiem” (choć tak naprawdę liberalnym chadekiem).
Apeluję wprost – czas zakończyć jakiekolwiek formy dyskusji z miłośnikami partii rządzącej, gdyż jak zapewne wielu z potencjalnych czytelników tego tekstu – lepsze efekty uzyska się stojąc w lesie i mówiąc do pni. Po prostu – żyjmy własnym życiem i zostawmy ten przedziwny świat wyłącznie medialnych „faktów”, które są cegiełkami świata wyborców Prawa i Sprawiedliwości.
Przecież wystarczy nam świadomość, że zbudowany na takich fundamentów świat jest niczym innym, jak tylko kolejną wersją „Wyspy Doktora Moreau”, rewią osobliwości, w którym deformacja i anomalia zastępuje rzeczywistość w imię chorej ambicji utrzymywania się przy władzy za wszelką cenę. Oraz rzecz jasna, ku uciesze miłośników tej rzeczywistości, z którymi – jak sądzę – nie warto więcej o czymkolwiek rozmawiać.
Dlaczego by mówić, skoro – jak wynika z ostatniego badania Kantaru – nadal 29 % wyborców będzie głosować na PiS pomimo tak długiej litanii gwałtów na prawie i kosntytucji, że aż wstyd mówić o tym głośno. Wystarczy tylko spojrzeć na skupione oblicze Sędziego Piotrowicza podczas orzekania przez skład Trybunału Konstytucyjnego kolejnych kamieni milowych polskiego prawodawstwa. Ale to sędziowie sądów rejonowych i okręgowych są „komunistycznym artefaktem”. To tylko jeden z przykładów kompletnego braku refleksji nad rzeczywistością i robieniem sobie drwin z cudzej inteligencji.
O czym z nimi mówić?
Ostatnia linia obrony – „sukcesy ekonomiczne”…
Mamy sierpień 2022 roku, gospodarka sypie się z wysiłku od czterech i pół roku, ale rzecz jasna to wszystko wina Tuska/Putina/Niemców/Rekina Grenlandzkiego. Właściwie, wedle prawideł rządowych i zbliżonych kół publicystycznych mamy tutaj test wielokrotnego wyboru i w zasadzie wszystkie odpowiedzi są dobre.
Co podoba mi sie najbardziej?
Rzecz jasna statystyczne sztuczki na poziomie gry w trzy karty. Ale spokojnie i od początku. 15,6 % inflacji i współczynnik PMI na poziomie 42,1. To bardzo złe dane.
Bardzo źle wygląda też najbliższa perspektywa w związku z bezrobociem, które jest na niskim poziomie, ale wkrótce zacznie rosnąć właśnie w związku z niskim PMI. Do tego stawka Wibor3M wynosząca 7,04 % i pewnym jest, że będzie rosnąc dalej, co na dzień dzisiejszy zmniejszyło popyt na kredyt hipoteczny o 87 % w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Skutki zapaści na rynku nieruchomości staną się już niedługo odczuwalne.
Dług publiczny przekroczył kwotę 1 400 000 000 000 złotych, choć oficjalnie mówi się o około 1 116 000 000 złotych ciesząc się, że dług publiczny Polski jest mniejszy od RFN, czy Francji, a nie bacząc na to, że siła tych gospodarek jest niewysłowienie większa od Polski, więc narracja sprowadza się generalnie do stwierdzenia w rodzaju „mój Opel Astra jest lepszy od twojego BMW serii VII, bo mniej pali w mieście”.
Dziś dowiedziałem się, że w związku wszystkimi osiągnięciami Prezes NBP Adam Glapiński uhonorowany został specjalną nagrodą dla najlepszego szefa banku narodowego w 2021 roku przez „prestiżowy magazyn finansowy Capital Finance International. Co”. Serdeczne gratulacje, ale rzecz jasna nie dla Glapińskiego, któremu jak słusznie zauważono jakiś czas temu nie warto powierzyć składek SKO, tylko dla kolportujących ten niezwykły medialny „fakt” na mediach społecznościowych. Informacje o tym znalazłem zresztą także – a jakże – na interii. ów „prestiżowy magazyn”, ma na twitterze 5819 obserwujących. NeewsweekPolska ma ich 972 tysiące. Prestiż w czystej postaci…
Teraz najnowszy pomysł na zaróżowienie rzeczywistości – wzrost średniej płacy.
Oczywiście od dawna zwykło się w kraju nad Wisłą, gdzie urzędowym językiem wbrew niecnym zakusom wrażego Berlina pozostaje nadal język polski, wskazywać jako średnie wynagrodzenie to dotyczące sektora przedsiębiorstw. Samo w sobie jest to jedna wielka manipulacja, gdyż jak wiadomo rozstrzał dochodów z tytułu pracy w tym sektorze jest olbrzymi z tak wielkiej liczby powodów, że nie ma sensu o tym pisać. najnowsza publikacja GUS w tej kwestii też budzi niezdrowe podniecenie i porównania do sławetnej „Zielonej Wyspy” z czasów Wielkiego Kryzysu. Oto bowiem dowiadujemy się, że owo średnie wynagrodzenie brutto w lipcu wyniosło 6778,63 złote brutto i wzrosło o 15,8 % rok do roku. całe 0,2 % więcej niż wyniosła inflacja, której doliczono się jak wiemy 15,6 %.
Szwindelek statystyczny jest tak oczywisty, że aż nie trzeba głęboko kopać. Po prostu – wzrost jest wynikiem Dnia Leśnika, Dnia Energetyka i premii w górnictwie. Dzień leśnika i premie z tego tytułu podniosły płace w tej branże aż o 62 %. W górnictwie premie podbiły dochody jeszcze bardziej, bo aż o 81 %. jak skrupulatnie wyliczono, tylko ta sekcja zaburzyła statystykę aż o 2 %, zatem wzrost wynagrodzeń (bo wliczono przecież jednorazowe świadczenia) wyniósł realnie 13,8 %, zatem niżej od inflacji, która kolejny miesiąc – już trzeci z rzędu – ogromnej większości polskich pracowników zjada dochody. Uciekają od niej tylko zatrudnieni w części sektora publicznego i to wyłącznie dzięki ukrytej formie dotacji ” drożyźnianej”, określanej przez analityków bankowych – nie bez kozery – mianem „sutej”. Wypadałoby jeszcze wspomnieć, że przecież pracownicy sektora przedsiębiorstw to nie jest cały polski rynek pracy. Wprost przeciwnie – to mniej więcej jedna trzecia wszystkich zatrudnionych, bo około 6,5 mln z 17 mln.
Spróbujmy teraz zastanowić się nad wzrostem dochodów osób prowadzących jednooosobową działalność gospodarczą. Zwłaszcza tych związanych z rynkiem obrotu nieruchomościami, który zamarł. Łącznie takich podmiotów jest 2,5 mln i jestem bardzo ciekaw statystyk pokazujących ich wyniki finansowe. Poniżej średniej zarabiają nauczyciele. Początkujący nawet o połowę mniej, a mianowani mogą liczyć aż na 5094 zł z małym ogryzkiem. Poniżej średniej zarabiają pracownice i pracownicy na szeregowych etatach w Urzędach Skarbowych, Sądach, Zakładach Ubezpieczeń Społecznych i setkach instytucji samorządowych. Mniej mają posterunkowi Policji, Strażnicy Więzienni, Strażacy na bardzo dużej części etatów. O pracownikach Służby Zdrowia nie wspomnę. Im nikt nie daje 15 procentowych podwyżek co miesiąc, nie mówiąc nawet o 80 procentowych premiach. Nikt też nie chwali się wyliczeniem nadliczbowych godzin pracy w żadnym z sektorów mających duży wpływ na sumaryczny dochód miesięczny z tytułu pracy.
„Zielona Wyspa” powiadacie?
Tak naprawdę mówiąc całkiem szczerze ciągnący się nadal ostry trend do wzrostu zarobków w ogóle nie powinien być tematem do jakichkowliek rozważań o przewagach pisowskiego systemu ekonomicznego, który już teraz nie ma analogii na świecie i jest całkowitym enementem, słodkim i różowym jednorożcem wśród innych systemów ekonomicznych i modeli polityki monetarnej. A to z tej przyczyny, że tak wzmagająca się podaż podaż pieniądza na rynek bez wyraźnego uzasadnienia w postaci radykalnego wzrostu wartości wytwarzanych towarów i usług dalej będzie grzał inflację. I ta inflacja dalej będzie rosła szybciej niż pensja typowego Polaka, chyba, że będzie on związany z dotowanym akurat sektorem, który władza uzna za „strategiczny”. Albo miłośnikiem partii rządzącej, bo tym jest zupełnie dobrze, miło, cieplutko, narodowo-katolicko, nie gejowsko, nie niemiecko i w ogóle zakurwiście dobrze. Zwłaszcza, że dopłaty mają być nowe – chyba do w~gla – wszystko jedno.
Dlatego właśnie nie powinniśmy już więcej z nikim z tamtej strony rozmawiać. Oni żyją na „Zielonych Wyspach”, a wy nie. Miłego weekendu.
Raporty z wojny wychodzą Panu niezwykle profesjonalnie, wypowiedzi na temat powyższy niestety nie za bardzo a nawet bardzo nie za bardzo. Nie, nie warto rozmawiać jeśli się nie jest do tego przygotowanym wystarczająco i nie usiłuje choć trochę patrzeć na polskie sprawy z perspektywy sytuacji polskiej polityki i jej zasad i warunków działania od 7 lat a nie niemieckiej czy tzw internacjonalnej tak jak gdyby wlaśnie się Pan obudził i stwierdził że choć nie wie dlaczego to jest tak jak jest i kropka, w wszystko w imię zaspokojenia własnego teoretycznego ego podsycanego przez polskojęzyczne i inne media usiłujące jak tylko się da pisać o Polsce negatywnie bo ich lobby straciło żyłę złota w formie wyprowadzania z Polski miliardów za frajer. Proszę pisać o wojnie, i dać sobie spokój z analizami na tematy sobie tak dalece nie znane i nie zrozumiane. Będzie lepiej i bardziej rzeczowo.
Autor, analityk, chyba został ekspertem od gospodarki. Ale ewidentnie w tej dziedzinie brak mu wiedzy. Ale jaja.