Niewiele mórz może dorównać Morzu Śródziemnemu pod względem historycznym. Tu Historia nie przysypiała. W niemal każdym pokoleniu na nim i na jego wybrzeżach spajających Azję, Europę i Afrykę działo się coś cywilizacyjnie ważnego. Nieustannym konfliktom na morzu i lądzie towarzyszyła równie intensywna wymiana handlowa i kulturowa. Tysiące statków szło na dno, tysiące osad i faktorii powstawało na brzegach. Ówczesne miasta portowe stawały się niejako zalążkiem globalizacji, która przybrała na sile w XIX wieku.

To była cywilizacja, podczas gdy za linią Dunaju ludzie zastanawiali się jeszcze czy opłaca im się zejść z drzewa. Aleksandria, Rzym, Konstantynopol przemianowany następnie na Stambuł, arabski kalifat, Kordoba. Nieustająca synteza konfliktu i wzajemne podglądanie się oraz uczenie się od siebie. Dzicy jak docierali do brzegów Mare Nostrum głupieli od doznań. Za dużo było tu cywilizacji na ich ograniczone umysłowe horyzonty.

Na przestrzeni wieków jego wybrzeża zmieniały swoich mieszkańców. Zazwyczaj w wyniku konfliktów. Przez wieki były zdominowane przez Fenicjan, Arabów, a następnie wszędobylskich Greków, Żydów i Ormian, trudniących się głównie handlem, nauką i sztuką. Rzym starał się jakoś igarniać tę mozaikę.

W XX wieku z terytorium obecnej Turcji niemal całkowicie zniknęły nie tylko miliony często wykształconych Greków i Ormian, ale cała ich kulturowa spuścizna. Dziś na próżno szukać w wielu miejscach śladów ich wielowiekowej obecności. Na ich miejsce przybyli nauczeni życia na Wielkim Stepie plemiona turkijskie. Zobaczyli Mare Nostrum i zawiesili się. Bo jak podbić coś, po czym nie da się przejechać konno. Minęło sporo czasu zanim nauczyli się pływać. W tym czasie jednak upokorzyli Carogród – Konstyntynopol i kilka wieków później podeszli pod bramy Wiednia.

I w tym właśnie niezwykłym morzu, w połowie marca wykąpał się mój Syn, Marcel Cyryl. Równe 532 lata od upadku Carogrodu.