Nowy rok stuka w drzwi knykciem, jak natręt, którego nie sposób odprawić. Już cała gromada takich nieproszonych gości wdarła się była do mojego domu, oblazła kąty, siadła za stołem, wyjada z garnków, pcha się do łoża.
68 lat ciąży mi na karku, niczym 68 dziurawych worków, z których, jak z klepsydry sypie się cienki strumień piasku.
– Czas ucieka, czas ucieka, czas.. – szemrze mi nad głową nieustannie i coraz głośniej wzbierająca struga zwątpienia.
Strzygę uszami i parskam nerwowo, niczym koń w kieracie, który chciałby wyrwać się z pułapki, ale nie potrafi? Wiem, że nie ucieknę, ale jeszcze wierzgam.
Nasłuchuje, opukuje, badam swoje życie, jak lekarz płuca chorego pacjenta. Spoglądam w kalendarz i wspominam rzeczy minione.
Z czasów kiedy czytałem poważnych pisarzy, zapamiętałem skrzydlate frazy w rodzaju – „exegi monumentum” i „nie cały umrę”. Już nie pamiętam czyje to słowa, bo nie zaprzątam sobie głowy frazesami. Czytam jeno literaturę gatunkową, trochu gazet, oglądam seriale i przewijam szpulę fejsbuka, niczym rolkę papieru toaletowego.
Jeszcze niedawno wierzyłem poetom, że co zapiszę, to ocalę. Więc zapisywałem te moje historie w najbardziej nietrwałym materiale, jaki był pod ręką. Pisałem w internecie, jak patykiem na wodzie albo piórkiem wróbla na wietrze.
Opisywałem dzieciństwo spędzane w małym wielkopolskim miasteczku. Dziadka przemierzającego na rowerowej damce Polskę w poszukiwaniu pierza, które kupował od przesądnych chłopów, chowających piernaty po zmarłych na strychach i w stodołach. Wspominałem Babcię napełniającą butelkę juchą cieknącą z szyi konającej kaczki, z której gotowała czerninę.
Pózniej, pilnie notowałem swoje przygody handlarza sztucznych pereł. zapisywałem dni spędzane w kantorku, gdzie pracowicie nizałem perły na nitki, próbując związać koniec z końcem. Działo się to w trudnych czasach pierwotnego kapitalizmu. O rządowych tarczach osłonowych dla przedsiębiorców nikomu się wtedy nie śniło. Panowały wilcze prawa rynku – kto nie podołał – plajtował. Szarek, żeby utrzymać się na powierzchni fałszował klejnoty. Cienkim pędzelkiem nakładał różowo-perłowy lakier na syntetyczne podróbki. Do późnych godzin nocnych szlifował nieregularne perły rzeczne z Jangcy, żeby nadać im pożądaną krągłość. Ale i tak nie uniknął bankructwa.
W końcu wasz znajomy felietonista wylądował w szkole, jako nauczyciel pomocniczy, ale wciąż wrzucał do internetowego morza swoje listy w butelce. Coraz mniej w nich było miejsca na wspomnienia, coraz więcej polityki. Niektórzy starzy Znajomi czuli się przez to nabici w butelkę i odeszli – przepraszam. Przybyli nowi – dziękuje.
Dzisiaj mija 10-ty rok tej pisaniny i ostatni dzień roku. Już za parę chwil nowy gość wejdzie do domu, siędzie mi na karku i dołączy do chóru starych, powtarzających coraz głośniej natrętów – czas ucieka, czas ucieka, czas…

Ale zanim to nastąpi – Wszystkim starym i nowym Znajomym życzę lekkich i prostych karków w 2023 Roku!
Vita brevis, ars longa!
Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz