Taka mnie naszła smutna refleksja… znam ludzi Kresow. Tych z obecnej Polski i tych, którzy z gen. Andersem trafili do UK. Moja rodzina tez pochodzi z Kresów, z okolic Lwowa, choć jeszcze przed wojna za praca trafiła do Rzeszowa. Zresztą to było to samo województwo i ten Lwow i rodzina tam to było cos obecnego w mojej świadomości. Moze dlatego czuje sztuczność naszej wschodniej granicy – dzieło Stalina, oparte na wcześniejszej koncepcji lorda Curzona i Lewisa Namiera… 

Nie rozumiem, nie ogarniam prorosyjskości tzw. „środowisk kresowych”. Ukraińcy próbowali nam zabrać Lwow w 1918/19. Nie dali rady. Lwow nam zabrali Sowieci w 1939, a definitywnie – w Jałcie. To Sowieci przeprowadzili dwie deportacje Polaków z Kresów w 1939/40 roku do Kazachstanu, do Workuty, na Kołymę… To Sowieci nas mordowali na Brygidkach i Placu Łukiskim i w wielu innych miejscach. To Sowieci po 1945 nas deportowali „za Bug i San”. To Sowieci strzelali do nas w Katyniu, Charkowie, Miednoje i innych miejscach. To Sowieci prześladowali Polaków, którzy pozostali na Ojcowiźnie, mimo zmiany granic i prześladowań. Sowieci, czyli Rosjanie. „Środowiska kresowe” udają, ze tego wszystkiego nie było. Dla nich liczy się tylko rzeź Wołynia, choć skala zbrodni Rosjan była bez porównania większa. Nie była tez tak zinstytucjonalizowana, wręcz „przemysłowa”. Zbrodnie Sowietów można zestawić tylko z niemieckimi. O rzezi wołyńskiej oczywiście należy pamiętać, tak samo jak o masakrach ukraińskich w Małopolsce Wschodniej. Jednak gdy mówi się o obecnej wojnie na Ukrainie, to przywoływanie masakry Polaków na Wołyniu, a „zapominanie” o zbrodniach sowieckich, tak podobnych w formie do tego, czego doświadczają dziś Ukraińcy od Rosjan jest zastanawiające.  Co ciekawe, Kresowiacy z Zachodu doskonale wiedzieli, kto ich wysłał do Kazachstanu, kto im zamordował rodziny, przez kogo nie mieli gdzie wracać mimo ofiar Tobruku czy Monte Cassino. Dla nich wrogiem byli Moskale. Dawali tego świadectwo do ostatnich dni życia, choćby stawiając pomniki pomordowanym w Katyniu tam, gdzie ich zesłał los po Jałcie, np. w Wielkiej Brytanii, czy Stanach Zjednoczonych. Śmiało można powiedzieć, że polska emigracja wojenna była do ostatnich dni życia jej przedstawicieli zdecydowanie i nieprzejednanie antysowiecka, tak jak postawa w tej kwestii legalnego Prezydenta i Rządu RP na uchodźstwie w Londynie. Tam nikt kto nie chciał być wykluczony ze społeczności polskiej, nie mówił o jakimkowiek „wyzwoleniu” Polski przez Sowietów, bo o jakim „wyzwoleniu” tu można w ogóle mówić? Kresowian „wyzwolono” z ich Ojcowizny w sposób jaki opisałem wcześniej… 

Część rodzimych Kresowian popiera Putina, podobnie jak niektórzy przedstawiciele Polaków na Wileńszczyźnie (słynne prorosyjskie wypowiedzi posła Jedzińskiego, który wzywał Moskali do zbombardowania Kijowa podczas Majdanu, czy inni działacze paradujący 9 maja z gieorgijewską lentoczką – symbolem używanym podczas rosyjskich manifestacji na Placu Czerwonym). Można oczywiście sprowadzić sprawę do „kremlowskiej agentury”, ale to bardzo by uprościło sprawę. Przecież nie każdy protagonista Władimira Władimirowicza jest na „obcym żołdzie”. Wiele wskazuje na to, że ludzie głoszą podobne poglądy kompletnie bezinteresownie i z własnego przekonania, co jest dla mnie straszne i kompletnie niezrozumiałe. To jakaś tragiczna hybryda gomułkowskiej „wdzięczności dla moskiewskiego gwaranta nienaruszalności granicy na Odrze i Nysie” z „syndromem sztokholmskim” (miłości ofiary do jej kata). Dziwacznym co najmniej jest też przywoływanie w tym kontekście myśli politycznej Romana Dmowskiego. „Pan Roman”, owszem, w swoim czasie popierał oparcie sprawy polskiej o Rosję. Jednak nie dlatego, że był wielbicielem cara, ale dlatego że wtedy kiedy tamte słowa pisał, Rosja była najsłabszym wewnętrznie zaborcą, pogrążonym w wewnętrznym chaosie po przegranej wojnie z Japonią i rewolucji 1905, a alternatywą dla jej słabnących rządów, wydawało się być jedynie opanowanie całości ziem polskich przez prężnie się rozwijające, zjednoczone państwo niemieckie. Dziś sytuacja geopolityczna wygląda nieporównywalnie inaczej i przywoływanie tamtych „klisz”, choć intelektualnie „ciekawe”, nie ma żadnego praktycznego zastosowania, nie może być receptą dla zachowania niepodległości przez nasze państwo. Dmowski zapewne się przewraca w grobie, kiedy widzi co wypisują niektórzy, posługując się jego nazwiskiem dla uzasadniania swoich pro – putinowskich poglądów. 

Należy na koniec zaznaczyć, że Polska nigdy w ponad 1000-letnich dziejach nie miała wspólnych interesów z Rosją. Wystarczy spojrzeć na to, jak zmieniały się nasze granice na przestrzeni dziejów: zawsze byliśmy w konflikcie z Moskwą, a potem z Petersburgiem. Na rzecz Rosji straciliśmy gigantyczne obszary na wschód od Bugu aż za Dźwinę i Dniepr. I teraz „nagle” Kreml ma być gwarantem naszej niepodległości? Ma być gwarantem polskiej kultury, tradycji? To państwo, które przez wieki niszczyło naszą kulturę i tradycję, na czele z polskim językiem? Naprawdę? Pamiętając krzywdy, jakie cierpieliśmy w XX wieku od naszych litewskich i ukraińskich sąsiadów, nie możemy zapomnieć roli, jaką w podsycaniu wrogości między nami odegrali zaborcy/okupanci: Rosja i Niemcy, w szczególności po Powstaniu Styczniowym. Jak to napisał poeta: „są w Ojczyźnie rachunki krzywd. OBCA dłoń ich też nie przekreśli” (podkreślenie moje). O krzywdach należy rozmawiać z sąsiadami, ale bez „pomocy” Moskwy, która nie ma żadnego interesu w tym, żebyśmy kiedykolwiek się porozumieli, a wręcz przeciwnie. Dziś Ukraina walczy z Rosją oczywiście przede wszystkim o własną wolność, ale też powstrzymuje moskiewską tyranię przed dalszym marszem na Zachód, na Polskę. Tak, jak my walczyliśmy w 1920 roku. Postawa prorosyjska jest tu tak samo szkodliwa, jak postawa Czechosłowacji wobec Polski na Śląsku Cieszyńskim w latach 1919-1920. Nota bene ówczesna Praga była bardzo podatna na hasła moskiewskiego panslawizmu, któremu my, Polacy zdecydowanie i zbrojnie się przeciwstawialiśmy. Nie widzę polskiego interesu we wspieraniu interesu Rosji ani na Ukrainie, ani w Gruzji, ani w dalekim Kazachstanie. Powinniśmy się skupić na budowie własnej siły, także militarnej, bo „między Niemcami a Rosją nie ma miejsca dla Polski słabej”, „Polska między Niemcami a Rosją albo będzie silna, albo nie będzie jej wcale”.

Aleksander GłogowskiAutor: dr hab. Aleksander Głogowski, profesor UJ, Politolog, Katedra Historii Polskiej Myśli Politycznej INPiSM Uniwersytetu Jagielońskiego.