Tego świętego Mikołaja, biskupa Miry żyjącego w prawd. III lub IV wieku n.e., czczą Kościoły katolicki i prawosławny właśnie dziś. Ten znany obecnie, gruby, brodaty facet w czerwonej sukience powożący saniami ciągnionymi przez renifery, to marketingowy wymysł, który z historyczną postacią nie ma nic wspólnego.
Do mnie i żony też dzisiaj przyszedł. W nocy, gdy spałem zakradł się cicho i postawił na stoliku przy łóżku, włoską wodę kolońską o zapachu lawendowym.
Żona zaś musiała prezent odebrać w EMPIKU bo był zbyt zmęczony by dotrzeć do Sadowej i tam zostawił książkowy prezent.
Kiedyś zżymałem się, że ten ochlapus z czerwonym nochalem wyparł z życia publicznego tego, który był jego dalekim pierwowzorem, św. Mikołaja, biskupa z Miry, w Licji w dzisiejszej Turcji.
Jedna z najbardziej znanych legend o nim, opowiada o tym, jak za jego wstawiennictwem uratowali się od śmierci niesłusznie skazani na śmierć.
Ten drugi podobno mieszka gdzieś w Laponii gdzie jest cholernie zimno i ma do pomocy w obsłudze korespondencji od dzieci piszących do niego po prezenty, jakieś wredne skrzaty, a jego saniami powożą renifery. Jak sobie podpije to woła „ho, ho, ho”.
Dziś patrzę na to już inaczej, choć nadal ta pijanica ubrana na czerwono nadal mnie lekko irytuje.
Chodzi bowiem o uśmiech jaki wywołuje na twarzach dzieci oraz prezenty jakie (rzekomo) przynosi.
Każdy sposób by wywołać radość u dziecka jest dobry bo kiedy dorośnie fajnych momentów będzie miało jak na lekarstwo.
Sam kiedyś za niego się przebierałem podczas „mikołajek” w Domu Pomocy Społecznej w Sadowej.
I niech się nie zżymają arcykatoliccy purytanie, że miast tego w mitrze przychodzi do dzieci marketingowa hybryda.
Radość dziecka bowiem jest bezcenna.
Ja jako św. Mikołaj w DPS w Sadowej i ten święty.
Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl



Zostaw komentarz