Cały czas powtarzam, że Polska nie ma żadnych szans na strategiczne ułożenie się z Niemcami. Obecny układ, w którym za sukces można uznać to, że Niemcy nie kwestionują otwarcie polskiej państwowości i naszych granic, to absolutne maksimum tego, na co możemy liczyć.
Na głębsze zmiany nie pozwala to, co – jako kategoria nieanalityczna – zawsze wymyka się rozważaniom prowadzonym z dominującej dziś w nauce marksistowsiej perspektywy:
Kultura niemiecka.
Kultura rozumiana nie jako materialny i niematerialny dorobek artystyczny, ale jako pewien zasób cech psychologicznych i przekonań światopoglądowych dominujących od wieków w społeczeństwie niemieckim i w istocie określających to państwo – niezależnie od jego konstrukcji politycznej.
Dlatego – uważam – błędne są koncepcje polityczne po stronie polskiej, które w gruncie rzeczy są wbudowanymi postawami niewolniczymi. Postawami, które nakazują poszukiwać „winy” za zły stan stosunków polsko-niemieckich przede wszystkim po stronie polskiej: że „nie dorośliśmy do demokracji”, że „za mało pracujemy nad pogłębieniem współpracy”, że „przywiązujemy za duże znaczenie do zaszłości historycznych”, itd.
Wszystkie takie głosy, to jedynie „mgła” mająca za cel wyparcie stanu faktycznego: fundamentalnych różnic interesu geopolitycznego Polski i Niemiec, oraz – nie bójmy się tego słowa – odwiecznego rasizmu Niemców, który dziś manifestuje się w ich najgłębszym przekonaniu, że są w jakiś sposób naturalnie predestynowani do odgrywania „roli przywódczej” – predestynowani jednak w taki sposób, że mogą podejmować decyzje, których skutki dotyczą ogółu w sposób całkowicie arbitralny, bez konsultacji z zainteresowanymi stronami, że tak powiem „po cesarsku”. Niemcy nie mają też żadnych zahamowań w zakresie mieszania się w stosunki wewnętrzne w innych krajach, w tym oczywiście w Polsce, i są gotowi używać całej siły swojego państwa, aby na nie wpływać. Zarazem – są zawsze bardzo oburzeni, jeśli spotkają się z reakcją.
Podkreślam. Nie chodzi tu tylko o to, że Niemcy są największą gospodarką Unii Europejskiej, ale raczej o te trudno wyrażalne kwestie mentalnościowe. Mówiąc krótko – jak Niemcy zafiksują się na jakiejś idei – są święcie przekonani, że prawda jest po ich stronie i są gotowi do najbardziej destrukcyjnych działań, aby tę swoją wizję przeforsować będąc całkowicie głuchymi na wszelkie argumenty. W tym sensie jest to mentalność „krzyżacka” – mentalność wiecznej krucjaty, formułowanej w rejestrach „misji cywilizacyjnej” państwa niemieckiego.
Wypada tylko ubolewać, że polska dyplomacja jest w rękach osoby, która nie tak dawno temu po prostu apelowała w Berlinie o to, aby Niemcy nie wahały się wyegzekwować swojego przywództwa. Żeby zapomniały o histrorycznych przestrogach i ponownie weszły na ścieżkę dominacji. Pan Sikorski, niestety, zdaje się nie widzieć, że Niemcy go posłuchały. Że jego słowa potraktowały dosłownie.
Dziś – chociaż pozycja międzynarodowa Niemiec jest najsłabsza od lat – polska dyplomacja pod jego kierownictwem nie jest w stanie wykazać się najmniejszą choćby asertywnością. Pan Sikorski i jego szef Tusk kładą uszy po sobie, jak dobrze wychowani niewolnicy. Grzecznie czekają na to, co zdecydują „starsi i mądrzejsi”. Nie formułują żadnych warunków, żadnych oczekiwań, żadnej strategii. Najważniejsze dla nich jest to, aby znów być poklepani po plecach i wystąpić na wspólnym zdjęciu z najważniejszymi – chociaż w istocie jako kelnerzy.
Zostaw komentarz