No to o teraz mamy naracje: jeśli Stany Zjednoczone przerywają działania wojenne albo nie prowadzą wojny do całkowitego zniszczenia przeciwnika, to znaczy, że „przegrały”. W publicystyce brzmi to efektownie, ale ma niewiele wspólnego z rzeczywistą logiką amerykańskiej strategii wojskowej. Padają tezy, że Ameryka „musiała się wycofać”, że „nie była w stanie kontynuować konfliktu”, że to dowód na upadek jej pozycji. Problem w tym, że są to raczej publicystyczne opinie niż chłodna analiza faktów. Zawieszenie broni w polityce międzynarodowej bardzo rzadko oznacza kapitulację którejś ze stron. Częściej jest po prostu decyzją polityczną po osiągnięciu określonych celów militarnych.A tu jak zawsze pojawia się ta sama opowieść: „upadek Ameryki”, „koniec Pax Americana”, „koniec dominacji Zachodu”. Zawsze brzmi to bardzo efektownie. Problem polega na tym, że podobne diagnozy ogłaszano już wielokrotnie. Po Wietnamie, po Iraku czy po Afganistanie. Za każdym razem mówiono, że to już koniec potęgi Stanów Zjednoczonych. I za każdym razem rzeczywistość brutalnie weryfikowała te prognozy.
Wystarczy spojrzeć na fakty. Stany Zjednoczone utrzymują setki baz wojskowych na całym świecie. Nie kilka, nie kilkanaście, lecz setki. Od Europy, przez Bliski Wschód, aż po Azję i Pacyfik. Żadne inne państwo w historii nie stworzyło tak rozległej infrastruktury wojskowej poza własnym terytorium. Do tego dochodzi globalna sieć sojuszy, na czele z NATO, która skupia najbogatsze i technologicznie najbardziej rozwinięte państwa świata.
Mówienie więc o „samolikwidacji Pax Americana” brzmi efektownie, ale ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Przewaga militarna Stanów Zjednoczonych nad Iranem czy jakimkolwiek państwem regionu jest ogromna. Amerykańska marynarka, lotnictwo, technologie satelitarne i systemy rozpoznawcze to zupełnie inna liga. Iran może prowadzić działania asymetryczne, destabilizować region czy grać politycznie. Jednak symetrycznej konfrontacji z USA po prostu nie jest w stanie wygrać.
Część komentatorów lubi też opowiadać, że Ameryka została „całkowicie sama”. To również nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. Sojusze nie polegają na tym, że wszystkie państwa zawsze reagują identycznie i jednocześnie. Polegają na wspólnych interesach strategicznych. Ameryka od dekad prowadzi wojny w zupełnie innym modelu niż klasyczne konflikty z XX wieku. Nie chodzi o zdobywanie terytoriów, przesuwanie granic czy trwałą okupację obcych państw. Chodzi o pokazanie siły, odstraszenie przeciwnika i osiągnięcie konkretnego celu politycznego.
Ten mechanizm powtarza się wielokrotnie. Najpierw następuje szybkie, precyzyjne uderzenie. Zwykle oparte na przewadze technologicznej, lotnictwie, rakietach zdolnościach rozpoznawczych. To demonstracja, że amerykańska przewaga militarna jest ogromna i że w razie potrzeby może zostać użyta w znacznie większej skali. Następnie pojawia się presja polityczna i dyplomatyczna. Jeśli przeciwnik zaczyna się cofać albo zmienia swoje działania, cel zostaje osiągnięty.
W takiej sytuacji Stany Zjednoczone często zatrzymują eskalację i wycofują się z dalszej konfrontacji. I właśnie wtedy pojawiają się głosy o rzekomej „klęsce Ameryki”. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Jeśli wojna była narzędziem do osiągnięcia określonego efektu politycznego, a ten efekt został osiągnięty, dalsza wojna po prostu przestaje być potrzebna.Pokazanie, że w razie potrzeby mogą uderzyć szybko, precyzyjnie i z ogromną siłą. Wystarczy. To właśnie ta zdolność sprawia, że wiele konfliktów kończy się zanim przerodzi się w pełnoskalową wojnę. Amerykanie swój cel osiągnęli i wytrącili małpie ,, brzytwę z rąk”, a w mentalnej postkomunie wrze.
Zostaw komentarz