Kiedyś, mając lat 20, leżałem na laryngologii na Banacha (miałem operację).
Obok mnie leżał człowiek, ciężko charczący. Czasami mu się jednak polepszało. Wiedział, że umiera, miał raka krtani.
Akurat było lato i zgadaliśmy się o Powstaniu. On wtedy mieszkał w Warszawie.
Według jego opowieści, jak się to wszystko zaczęło to on uciekł. Nie chciał walczyć. Udało mu się wylądować gdzieś pod Garwolinem.
Wysłuchałem go, jakiś czas milczałem. Powiedziałem, że PW to nie była dobra decyzja. Nic więcej.
Chwilę jeszcze milczeliśmy.
W końcu zapytałem dlaczego mi o tym mówi. A on, że spodziewał się, że go będę oceniał, a ja tak tylko o tym dowództwie.
– Wie Pan, powiedział, ja do tych ludzi w Warszawie chyba nie pasowałem. Dla mnie to nie miało sensu. Może ciężko to zrozumieć, ale wtedy uznałem, że lepszy żywy tchórz niż martwy bohater.
Więcej już z nim nie rozmawiałem. Wyszedłem chyba na następny dzień ze szpitala, a on niedługo – jak mi powiedział mój znajomy lekarz z tego oddziału – umarł.
Często mi się ta sytuacja przypomina w czasie syren w Warszawie.
Zostaw komentarz