Po tym jak Kierownik Działu doniósł Rektorowi, że zamiast prowadzić zajęcia dla studentów, wykładowcy w obcisłych skórzanych czarnych kostiumach urządzali sobie rajdy Golfami 2 w parkingu podziemnym, a potem pili alkohol serwowany przez garbatego studenta oraz palili papierosy bez filtra, zapanowała na uniwersytecie atmosfera wzajemnej nieufności.
Wykładowcy wzywani byli na rozmowy dyscyplinujące, w których uczestniczyli: przedstawiciel Rektora, Woźny i Kierownik Działu z czarnym kundlem na sznurku. Dwaj pierwsi siedzieli za nakrytym zielonym suknem stołem, zaś Kierownik Działu z psem w kącie pokoju, paląc cygaro. Wykładowców pytano o motywy takiego zachowania oraz o przyczyny, dla których nie chcą prowadzić zajęć ze studentami. Starano się także dowiedzieć, jak garbatemu studentowi bez wiedzy władz Uczelni udało się w podziemiach założyć taki wyszynk. Czuć było zazdrość ze strony Komisji, że są jednak na Uczelni ludzie, którzy przełamując stereotypy, potrafią się nieregulaminowo bawić i cieszyć życiem.
Po przesłuchaniu kilkunastu osób, komisja zdecydowała się nałożyć na poszczególnych pracowników następujące kary predyscyplinarne: (a) publiczne wyśmianie pracownika naukowo-dydaktycznego z powodu niewielkiego dorobku naukowego; (b) zakaz korzystania z windy do odwołania; (c) ugryzienie w kostkę przez czarnego kundla pana Kierownika Działu; (d) zakaz korzystania z ośrodka wczasowego w Dąbrowie Górniczej do odwołania (to ostatnie trudno jednak uznać za karę gwoli ścisłości).
Komisja dysponując licznymi nagraniami zarówno nielegalnych rajdów starymi samochodami jak i umiarkowanych libacji umożliwiających jednak zachowanie dyskursu akademickiego na odpowiednim poziomie, co trzeba z całą mocą podkreślić, zarządziła rzecz najgorszą z możliwych: odpracowanie zaległych zajęć.
Poddani temu reżimowi wykładowcy próbowali się umówić ze studentami na odpracowanie, ale ci poczęli unikać kontaktu z nimi, mając żywo w pamięci, że z taką satysfakcją odnotowywali fakt nieobecności na zajęciach wykładowców, którzy w tym czasie, tłumnie zgromadzeni aranżowali życie towarzyskie w podziemiach. Bo prawda była taka, że większość studentów nie chciała się uczyć i w podobnych proporcjach wykładowcy nie chcieli już uczyć. W tej sytuacji wyłoniła jakaś patologiczna zależność między obydwoma grupami polegająca na licytacji, kto lepiej symuluje chęć aktywności, podczas gdy wszyscy uważali ją za zbędną.
Przewodniczący Komisji przed zakończeniem żmudnych, trwających bowiem ponad dwa tygodnie przesłuchań, poprosił jej członków o dopicie wody mineralnej w butelkach półlitrowych, gdyż jak stwierdził, nie może patrzeć jak minerały są wylewane do kibla. Członkowie komisji posłusznie dopijali zawartość butelki.
Zaczynał się okres odrabiania zajęć. Był to niewątpliwie bardzo zły czas, bo nikt z nikim nie chciał być w tedy w tym czasie w tym samym miejscu. Ale przepisy rzecz święta.
Koniec opowieści.
Kiedyś, gdy studiowałem na ATK, mieliśmy fantastycznych wykładowców. Wykłady odbywały się albo nie, nikt po aptekarsku nie liczył punktów ECTS i godzin wypracowanych. Liczyły się RELACJE. One nie były przeliczalne na godziny wykładowe i te cholerne pseudoracjonalne punkty ECTS. To były czasy, w których choć połowa zajęć się nie odbywała, to odrabialiśmy je spotkaniami w gronie towarzyskim, w którym wykładowca miał dla nas więcej czasu niż w reżimie ECTS-owskim. Zastanawiam się, kto będzie poza mną na tyle chętny, że powie, iż król jest nagi. Że cały ten system pseudokształcenia wzorowany na barach szybkiej obsługi (stąd pojęcie „MacDonaldyzacji” uniwersytetu) jest bez sensu i że powinno się go zastępować procesem indywidualnego kształcenia, dostosowanego do umiejętności i potrzeb studenta. I po co jest ministerstwo nauki, skoro w pierwszej setce najlepszych uniwersytetów świata są uczelnie z państw, w których… nie ma takich ministerstw. Może ktoś wreszcie połączy kropki.
Smuci mnie tylko to, że wielu inteligentnych ludzi… ale o tym już innym razem.
Obraz johnyksslr z Pixabay
Zostaw komentarz