Nad Olzę zawsze chodziłem nie sam. Bo się bałem. Ojciec mi naopowiadał dużo strasznych historii związanych z tą rzeką. Dla mnie to była i jest mityczna czeluść, największa rozpadlina ziemska przypudrowana niby płytką rzeczka. Po drodze nad Olzę zawsze kogoś ze sobą zabierałem. Często wyciągałem kogoś z Baru Skoczek przy Fredry, bo stamtąd było już niedaleko. Robiłem wrażenie jako człowiek warszawski. Oni wiedzieli, że często jeżdżę do Warszawy i jestem ogólnie ustosunkowany. I że mogę coś załatwić, albo przynajmniej obiecać.

Mam w zwyczaju siadać nad brzegiem Olzy na zwiniętym polarowym kocyku z Jiska za 15 złotych. Wtedy dupa mniej boli. Czasem rzucę coś kaczkom, jeśli uznam, że sam już tego nie zjem.

I dialoguję z rzeką. Ma ona nade mną przewagę jeśli chodzi o czas, ja zaś udowadniam jej, że mam nad nią przewagę w procesie nadawania i odbierania sensu. Normalnie rzeka tylko płynie. Ale wybitny filozof, za jakiego się uważam, ma moc nazwania tej cieczy. Patrząc w nurt rzeki uświadamiam sobie ileż to ta nędzna rzeka mi zawdzięcza. I upajam się swoim wpływem.

To prawda, że Olza płynęła na długo przed moimi narodzinami , a zwłaszcza moim filozoficznym samouświadomieniem. Ale prawdą jest i to, że dopóki jej nie nazwałem i nie opisałem, była ona jednym z wielu cieków wodnych Europy Środkowej.

Ileż to mi Europa Środkowa zawdzięcza…