Jestem za ostrzeżeniami przed wirusem. Niech będą maseczki, choć co do ich skuteczności zdania są podzielone. Niech będzie mycie rąk, bo to nikomu nie szkodzi. Choć nie jestem tego całkiem pewna, bo żaden lekarz, u którego byłam, rąk nie mył. Fakt, że mnie nie dotykał. A jeśli, to nie wydezynfekowanym stetoskopem lub używanym dla wszystkich ciśnieniomierzem.

Jednak w straszeniu zachowałabym jednak pewną ostrożność. Bo wywoływanie paniki nie jest dobrym środkiem zapobiegania chorobie. Nie tylko zakaźnej, jakiejkolwiek.

Podobno wzrasta niepokojąco liczba depresji. Ktoś się dziwi?

Jeśli każdego dnia, na wszystkich falach radiowych i na wszystkich kanałach telewizyjnych, mniej więcej co godzine słyszymy, że każdy niazszczepiony człowiek umrze, a każdy zaszczepiony też, jeśli nie będzie się systematycznie szczepił, bo po miesiącu od zaszczepienia ciała odpornościowe spadają na łeb na szyje, a u niektorych w ogóle zanikają. Nie wspominając o tych nieszczęśnikach, u których po zaszczepieniu w ogóle się nie wytwarzają.

Można dostać depresji, jeśli pani doktor takim głosem jak potwory w horrorach opowiada, jak się umiera na covid. – „A ja mogę tylko stać i patrzeć jak chory się dusi. Długo…” – opowiada pani doktor glosem dr Lectera z „milczenia owiec”.

Może jednak zamiast profilaktyki strachu zastosowano by inną. Przeciwną. Od wieków wiadomo, że dobry nastrój pobudza wytwarzanie endorfin, te z kolei pobudzają wzmacnianie naturalnej odporności. Może zamiast straszyć, co jest tak mało skuteczne, zachęcać do zachowań podnoszących odporność.

W okresie wojny, kiedy ludzie bywali ciężko ranni, miewali zakażenia, chorowali na tyfus, to niekoniecznie z tych powodów umierali, choć – teoretycznie – powonni. Pani Krystyna Krzywiec, prezes TPD, opowiadała nam, że w Dachau stosowała w swoim baraku zasadę zakonów kontemplacyjnych – codziennie i bez względu na wszystko – godzina śpiewania, śmiechu, opowiadania śmiesznych zdarzeń z przeszłości, żartów, choćby najgłupszych.

Prof. Fijałkowski z kolei wiezień Oświęcimia, opowiadał, że asystując położnej, pani Leszczyńskiej, stosował jej terapię: usmierzającą ból rodzenia i błyskawicznego odzyskiwania sił po porodzie. – „Jesli nie krzykniesz, to nie zwrócisz uwagi ss-manki, dzieciaczek urodzi się szybko, a ty zostaniesz wyprowadzona poza odział. I może uda wam się ukryć i przeżyć” – wspominał profesor. Kobiety, którym udało się urodzić w taki sposób i przeżyć koszmar obozu, twierdziły potem, że poród byl bezbolesny, a one istotnie tuż po urodzeniu łożyska o własnych siłach uciekały ze szpitala do baraku.

Może więć zamiast straszyć, pobudzać optymizm i wiarę: potrafisz przetrwać, nie umrzesz, tylko zachowuj się rozsądnie, bez histerii i bez szarzowania. Do wiosny niedaleko i byle do niej przetrwać. Potem będzie lepiej.

Każda zaraza przemijała. Ta też przeminie. Nie musisz być jej ofiarą. Nie musisz się bać od rana do wieczora, bo twój strach wykończy cię bardziej niż wirus.

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.