Znajoma radzi, żebym w tym roku zamiast na cmentarz pojechał na wycieczkę w góry, póki pogoda sprzyja. – To depresyjne Święto jest do dupy. Bierz przykład z Anglosasów – mówi – u nich cukierek i psikus, a u nas, jak nie Katyń, to Smoleńsk. W ogóle polskie święta trzeba zastąpić, jakimiś innymi – weselszymi. Boże Narodzenie zostawić, bo Mikołaj i choinka są spoko, ale Wielkanoc zrobić w Walentynki, a 11-go Listopada zamiast na Marszu Niepodległości powinniśmy maszerować na Gay Pride Parade. – A co ze Świętem 3 Króli – zapytałem. – Białych wyrzucić, zostawić czarnego Króla i obchodzić razem z Black Friday Shopping ! – radzi Znajoma.

Nie posłuchałem, i jak co roku poszedłem na Powązki uprawiać turystykę cmentarną. Najbardziej byłem ciekaw świeżych nieboszczyków ale nieświeżych też.
Urban był najświeższy, ale najtrudniejszy do znalezienia.

Przy bramie Powązkowskiej stali jacyś dwaj cywile ze skarbonką. Wrzuciłem piątaka do puszki z napisem – „Na Odnowę Cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie” i zapytałem – gdzie leży Urban? Spojrzeli na mnie bykiem i nuże trząść puszką, jakby chcieli wytrząsnąć z niej moje 5 złotych. – Pewnie tam – odpowiedział ten wyższy przepasany biało-czerwoną szarfą, wskazując mi kierunek, w którym miałem się udać. – Leży obok swoich kompanów – Jaruzelskiego i spółki – dodał.
Poszedłem we wskazanym kierunku. Ich groby widać było z daleka. Leżeli ramię w ramię, jak trzej muszkieterowie – osobni, czerwoni i granitowi. Oleksy, Kania, a miedzy nimi Jaruzelski. Na grobie generała widniało epitafium dobitne, jak strzał – Żołnierz. U Oleksego – Marszałek Sejmu, u Kani – gołe daty.

Ale Urbana nie znalazłem. Szukałem w pobliżu 3 muszkieterów i nic. Dopiero kobieta, która zapalała znicze na partyjnych grobach, wskazał mi drogę. Wyjęła notes i odczytała – druga alejka, 3 tuje na prawo od krematorium, za Falandyszem. Gotowa był mnie zaprowadzić ale podziękowałem, żeby jak najszybciej uwolnić się od jej pożądliwego spojrzenia, którym obmacywała moją torbę ze zniczami.

Zawróciłem z powrotem, mijając ironicznie uśmiechniętych cywili. Znalazłem 3 tuje, Falandysza, a za nim rodzinny grób Urbanów. Stał opuszczony i ciemny. Tylko oparta o nagrobek blaszana tabliczka z nazwiskiem i datą śmierci Jerzego informowała o miejscu spoczynku najnowszego lokatora grobowca. Dziennikarz, prowokator, milioner – myślałem o nim. Pożałowałem milionerowi świeczki i odszedłem w stronę Alei Zasłużonych. Aleje otwierał wysoki i brzydki pomnik grobowy Olszewskiego – nie dałem mu ognia. Trzy kwatery dalej leżał Głowacki. Na płycie, jakże eleganckie – róża i gałązka głogu. Dałem świeczkę, chociaż miałem żal do pisarza, bo przez niego nie pojechałem do Hurgady. Pięć lat temu, czytając o okolicznościach śmierci literata w Egipcie, tak się wystraszyłem, że zrezygnowałem z wczasów nad Nilem.

Pomaszerowałem dalej i zatrzymałem się dopiero przy Kuroniu. Leżał przykryty głazem, ciężkim i czarnym, jak wyrzut sumienia zdrajcy robotniczej sprawy. Zawahałem się i schowałem do siatki uprzednio przygotowany znicz.

Wędrując w głąb Alej, mijałem coraz starsze grobowce. Stanąłem przy Żukrowskim. Na grobie miał napisane – „Szczęściarz”. On zawsze wiedział skąd wiatr wieje i umiał swojemu szczęściu pomagać. Ale zaświeciłem lampkę piewcy stanu wojennego, bo jego „Kamienne tablice” podczytuje podczas wizyt w toalecie. To kawał dobrej literatury. Nie pożałowałem też ognia Nałkowskiej. Jej biust wyrzezbiła w piaskowcu siostra – jest z kamienia ale wciąż ponętny. Pani Zofia była piękną kobietą. Na maturze z polskiego pisałem o „Granicy” – dostałem piątkę.

Jeszcze tylko mogiły Deyny i Kaczmarskiego, przy nich zawsze faluje morze świateł i już byłem u celu. Zamiotłem liście i zapaliłem znicze na grobie Taty.

Autor: Marek Szarek