Od ponad dwudziestu lat mieszkamy w Sadowej, w gminie Łomianki i nie zamieniłbym tego miejsca na żadne inne. A już tym bardziej na smród, hałas i tłok wielkiego miasta. Tu mam wszystko pod ręką, ciszę i spokój.

Od czasu gdy wybudowaliśmy dom, w Sadowej i Łomiankach wiele się zmieniło.

Mamy nowe, nowoczesne szkoły, świetlice, sklepy prywatne i sieciowe, klika przychodni lekarskich i kilka przytulnych kawiarni.
Jedną z nich jest „Tiramisu”, w której od lat kupujemy urodzinowe i świąteczne torty.
Tort Tiramisu, bije na głowę wszystkie inne.
Delikatny, puszysty, dobrze nasączony likierem amaretto.
Pycha.

Moim nowym rowerem ( na zdjęciu) holenderską „Gazelką” nie da się jeździć po leśnych duktach więc jak tylko jest pogoda, po zakupy, jeżdżę nim do Łomianek.
Trzy kilometry od domu, jakby co, mam warsztat naprawy rowerów.

A w powrotnej drodze zahaczam o „Tiramisu”, na podwójne espresso.
Sympatyczne panie już wiedzą jaką kawę piję i zawsze dodają do niej ciasteczko albo kilka.
To taki mój rytuał.

Co sobie cenię w atmosferze małych miast?

Przede wszystkim to, że nie czuję się anonimowy.

Na bazarku mam swoje ulubione stragany, a w sobotni targ, swoich dostawców owoców, warzyw i pysznych, wiejskich wędlin, jajek oraz serów.
Także miodu z lokalnych pasiek.
Znacznie tańszego jak w warszawskich sklepach.

Nie tylko kupuję, ale zawsze sobie z nimi pogadam.
Podowcipkuję.

I tak oto tworzą się więzi sprawiające, że czuję, że jestem u siebie.
Że jestem tutejszy, wtopiony w tę nieco senną atmosferę małego miasteczka.

Tu czas płynie wolniej. przynajmniej dla mnie choć zdaję sobie sprawę, że dla innych, jeszcze pracujących i z dziećmi w wieku szkolnym, to wygląda inaczej.

Ostatnią „wartością dodaną” jest bliskość Puszczy Puszcza Kampinoska, od mego domu raptem kilka metrów, po której mogę spacerować i podziwiać las o każdej porze roku.

Bez wsiadania w samochód i tkwienia w korkach.
Ot, przysłowiowy, rzut beretem.

Tego nie da się zamienić na żadne pieniądze.