1 listopada, w tym szczególnym dniu, gdy znicze rozświetlają cmentarze tysiącem małych, ciepłych iskier, stajemy w obliczu pytania tak starego jak ludzkość: Czym właściwie jest śmierć? To, co jest końcem biologicznym – wyłączeniem wszystkich systemów i procesów przemiany materii, zgaszeniem życiowej iskry, jak zacięcie filmu w projektorze – jest zarazem początkiem wielkiego, wiecznego dialogu. Dialogu, który toczymy nie tylko z naszą wiarą, ale też z nauką i własną psychiką.

Mosty zbudowane z niezliczonych informacji i archetypów.

Spójrzmy zatem, jak to wygląda w wielkich systemach myślowych. Dla nas, zakorzenionych w chrześcijaństwie, śmierć jest pewnego rodzaju bramą. Wierzymy, że to tylko konieczne przejście do innej, lepszej, duchowej sfery. Wierzymy że nasz bliski zmarły nie znika, lecz przechodzi w wyższy etap swojej drogi ku wieczności, a w tej wierze zawarta jest ogromna otucha i nadzieja.

Jak to wygląda w innych wierzeniach?

Pomyślcie o buddyzmie, który patrzy na śmierć jak na „zmianę szaty”. Zostawiamy jedno ciało, a strumień naszej świadomości idzie dalej, niczym podróżnik, który przesiada się na inny pociąg. O tym, dokąd ten pociąg jedzie, decyduje karma – czyli suma naszych dobrych i złych „biletów” życiowych. Z kolei Konfucjusz uczył nas, że prawdziwa nieśmiertelność tkwi w pamięci. Nasze istnienie trwa w cnotach i szacunku okazywanym przez nasze dzieci i wnuki. Jesteśmy tak długo, jak długo trwają te rytuały i ta cześć.

Psychologia a istota śmierci.

Carl Gustav Jung widział w śmierci „ostatni akord indywiduacji”. Całe życie dojrzewamy, by na końcu powrócić do źródeł, do oceanu, z którego wypłynęła nasza rzeka. To powrót do tzw. nieświadomości kolektywnej – do magazynu wszystkich archetypów i mitów ludzkości. To nie chaos, lecz finalne domknięcie naszej egzystencji.

Geny, Traumy i Szepczące Echa…

Nauka, choć racjonalna i bazująca tylko na namacalnych dowodach też potwierdza, że jako byt, nie znikamy do końca, ponieważ cząstka nas samych pozostaje w następnych pokoleniach i to jest oczywiste na poziomie genetyki. Dziś także już wiemy, że to dziedzictwo może być znacznie głębsze niż się wcześniej wydawało. Tym niezwykle interesującym tematem, zajmuje się epigenetyka, nauka badająca ekspresje genów, które nie są spowodowane zmianami w sekwencji DNA. Wyobraźcie sobie, że wasz prapradziadek przeżył wielką wojenną traumę. Stres ten, niczym mała pieczęć na naszych genach, może zmienić ich ekspresję i uczynić nas, prawnuków, bardziej podatnymi na niepokój. Ta trauma przeżyta przez przodków działa jak szepczące echo w naszym DNA. W tym kontekście warto wspomnieć o pracach Berta Hellingera, który twierdzi, że jesteśmy częścią większego, skomplikowanego systemu, a niezamknięte sprawy naszych bliskich – ich ciężka śmierć, ich lęki – mogą nieświadomie kierować naszymi własnymi krokami.

Kulturowe Lampiony.

To, jak obchodzimy się z pamięcią o przodkach, definiuje cywilizację w której żyjemy i którą tworzymy. Warto tu zwrócić uwagę, że nie jesteśmy jedyną cywilizacją, która honorowała pamięć o zmarłych. Właściwie wszystkie dotąd zbadane cywilizacje zamieszkujące przed nami ziemię, w jakiś sobie właściwy kulturowo sposób okazywały szacunek minionym pokoleniom i kultywowały ich pamięć. Starożytni Egipcjanie budowali piramidy, traktując ciało jak statek, który musi być gotowy na powrót duszy z podróży. W Meksyku w „Día de Muertos” (święto zmarłych) zmarłych wita się radośnie: stawia im się jedzenie i tequilę, bo wierzy się, że w tę noc powracają, by świętować z rodziną. Jest to radosne przyjęcie, a nie smutna rezygnacja i żałoba.

Płomień i Pamięci.

1 listopada ma w naszej kulturze bardzo potężny akcent, jednak w swoim brzmieniu zależny od tego, kto w jaki sposób ułożył sam w sobie świadomość wielkiej wędrówki dusz. To dzień, w którym często przerywamy pęd życiowego zgiełku i choć na chwilę stajemy nad grobami co symbolicznie podtrzymujemy to wieczne połączenie. Gdy zapalasz znicz, nie tylko wspominasz. Wierzysz, że ta osoba przeszła w inny, duchowy, lepszy etap swojej drogi ku wieczności. I w tym momencie, stojąc między życiem a śmiercią, czujemy, że nasza tożsamość jest kontynuacją, a my jesteśmy jednocześnie ostatnim rozdziałem i pierwszym wersem dla tych, którzy przyjdą po nas. Życie jest tylko akcentem tu i teraz, a miłość i pamięć – mostami, które trwają i łączą…

Pieśń VII”

Co po nas zostanie, kiedy odejdziemy?

Na wieczną wędrówkę w czasie i przestrzeni.

Co po nas zostanie, a co ze sobą weźmiemy?

Na wieczne zesłanie w czasie i przestrzeni.

Nie stawiasz Panie na mojej drodze aniołów,

tylko zabłąkane dusze którym pomagam.

Chcesz żebym je dźwigał z popiołów,

choć sam w swoim życiu mam bałagan.

Nie mam Panie przed sobą prostej drogi,

tylko nieoznaczone górskie szlaki kręte.

Chcesz bym innym dodawał odwagi,

choć sam gardło mam ściśnięte.

Ja wcale nie chce skarżyć się mój Panie,

tylko tak trudno odgadnąć Twoje myśli.

Częściej płacze i cichnie moje wołanie,

może sen o tobie znów się mi przyśni.

Wojciech Michał Cyconiak