Anegdota dla dzieci dużych i małych
Dawno, dawno temu kiedy nie było jeszcze durnych portali, które straszą armaggedonem gdy spadnie centymetr śniegu, za jeziorami i lasami, w krainie o nazwie Krajna, w miasteczku Wyrzysk rok do roku padał taki śnieg, że dzieciaki od grudnia do marca codziennie jeździły na sankach i klepkach z beczki, jako nartach.
Gdy byłem gzubem chodzącym już do podstawówki zachciało nam się, mnie i dzieciakom sąsiadów z tego samego piętra ( a właściwie mansardy) pojeździć na nartach z „niemieckiej góry”.
Niemieckiej, bo stał na niej (dopóki go nie zburzono) poprotestancki kościół.
Autorem pomysłu był młodszy syn sąsiadów, który stwierdził, że do tego celu mogą się nadawać klepki z beczki bo na narty naszych rodziców nie było stać. Jak powiedział, tak zrobiliśmy. Nie wiem skąd zdobyliśmy te klepki bo raczej nie z beczek, w których kisiły się ogórki i kapusta. Nieważne, ważne, że mieliśmy.
Gdzieś podpatrzyliśmy, że prawdziwe narty muszą mieć od spodu taki rowek. By lepiej trzymały się śniegu.
Nagrzaliśmy więc w piecu pogrzebacz metalowy i dawaj wypalać te rowki. Nie było to łatwe bo pogrzebacz stygł szybko i trzeba go było nieustannie wkładać do żaru w piecu. Smrodu i dymu na klatce schodowej było co niemiara. Do tego stopnia, że zaniepokojeni sąsiedzi wpadali od czasu do czasu na poddasze by zobaczyć czy aby nie fajczymy domu.
Po kilkugodzinnych zabiegach mieliśmy „narty”.
Poszliśmy je od razu wypróbować na niemieckiej górze. No, ale jak tu je zamocować do butów. Przecież nie miały profesjonalnych wiązań. Wpadłem na pomysł by je przykleić, ale kolega odwiódł mnie od tego stwierdzając, że jak przykleimy „na fest” to będziemy musieli w nich codziennie chodzić. Nie spodoba się to też naszym rodzicom, bo takie buty trzeba będzie po prostu wyrzucić, a nowe były drogie.
Ostatecznie, z boku „nart” wbiliśmy z obu stron małe gwoździki tzw. papiaki, do których przywiązaliśmy sznurek robiący za wiązania, w które władało się buty.
Stanęliśmy na zboczu skarpy i dawaj z niej zjeżdżać. Pierwsze szusy były takie sobie bo nogi co i rusz nam się rozjeżdżały, ale już następne były w miarę udane. Często przewracaliśmy się na nierównościach bo nie wpadliśmy na to by sobie z krzaków leszczyny wyciąć kijki, ale i tak frajdy było co niemiara. Co prawda, od tego upadania mieliśmy mokre tyłki, ale co tam, ważne, że byliśmy narciarzami.
Takie to zimy onegdaj były i narty Drogie Dziateczki
Na foto wspomniany kościół poprotestestancki w Wyrzysku przed zburzeniem.
Zostaw komentarz