Pan Nawrocki, któremu się wydaje, że jest polską wersją Trumpa albo „króla słońce” znów popłynął na fali jego nocnych wyobrażeń o nowym kształcie UE i zmór dotyczących tej obecnej.

Zrobił to w Pradze, podczas wykładu na Uniwersytecie Karola, podkreślając, że takie jest stanowisko Polski.

I na samym początku wypada sprostować, że te jego mrzonki, nie są stanowiskiem Polski bo politykę zagraniczną w naszym kraju prowadzi rząd. A ten się odciął od banialuk Nawrockiego.
A prezydent, zgodnie z Konstytucją, ma godnie reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej, realizując wytyczne rządu i nie wpieprzać się w bieżącą pracę.

Panu Nawrockiemu z trudem przychodzi przyjęcie do wiadomości, że od kilkunastu lat Polskę obowiązuje Traktat Lizboński, który po opublikowaniu w Dzienniku Ustaw Rzeczpospolitej Polskiej, stał się częścią polskiego porządku prawnego i jest stosowany bezpośrednio choć może być, pośrednio, za pomocą ustaw przedkładanych parlamentowi przez rząd.

To on nadał UE osobowość prawną oraz zwiększył rolę Parlamentu Europejskiego i Rady Europejskiej, która jest traktowana jak unijna Rada Ministrów.

Polska zaś, dobrowolne przekazała unijnym organom część swoich kompetencji, a pan Nawrocki ma to respektować, a nie, publicznie podważać.

Prywatnie rozumiem, że jako nacjonaliście, stanowi on dla niego mentalną przeszkodę.
Prawnie zaś, on i jego kancelaria, muszą go przestrzegać.
I łaski nie robią.

W „wykładzie” Nawrockiego w Pradze pobrzmiewały echa haseł wygadywanych przez niego w czasie kampanii wyborczej.
Teraz zaś, je „twórczo rozwija”.

Nacjonalistycznych, ksenofobicznych i megalomańskich.

Moją zaś pierwszą reakcją, gdy słuchając, przebrnąłem przez jego „angielszczyznę” było „puknij się człowieku w głowę i kończ waść, wstydu oszczędź”.

Sobie i Polsce.