Gdy usłyszałam, jak polscy politycy pieją z zachwytu, iż Polska z nowego unijnego Funduszu Odbudowy Gospodarki, tworzonego w ramach przeciwdziałania kryzysowi spowodowanemu pandemią koronawirusa ma otrzymać prawie 64 mld euro (37 mld euro to bezzwrotne dotacje, a pozostała suma w formie pożyczek), to trudno mi było uwierzyć, że przyjęli tę informację bezrefleksyjnie, iż będą one przyznawane bezwarunkowo i Unia niczego nie będzie żądała w zamian. Osobiście do tych informacji o unijnych „wielkich pieniądzach” podchodzę ostrożnie.

Dziwią mnie politycy PiS, którzy jeszcze ich nie otrzymali a już wiedzą, że zostaną one wykorzystane zgodnie z polskimi potrzebami gospodarczymi.

Wypowiedź premiera, że „dzięki unijnemu Funduszowi Odbudowy Polska otrzyma dodatkowe środki na budowę dróg i kolei oraz różne wielkie projekty, które są naturalnym impulsem gospodarczym i fiskalnym”, świadczy, iż wiąże z nim wielkie plany.

W kwestii unijnych środków pomocowych powinien być bardzo ostrożny, tym bardziej, że widział jak Unia pomagała Grecji wyjść z kryzysu. Po ponad czteroletnim okresie udzielania intensywnej pomocy żadna gałąź greckiej gospodarki nie tylko, że się nie rozwinęła tak, by generować zyski umożliwiające spłacanie zadłużenia, ale sytuacja kraju w wielu obszarach znacznie się pogorszyła.

Szybko okazało się, że moje obawy były słuszne, bowiem kraje, które będą chciały skorzystać ze środków na odbudowę, będą musiały złożyć do KE odpowiedni plan, w którym uwzględnione mają być m.in. cele neutralności klimatycznej i ekologiczne. Komisja Europejska proponuje również uzależnienie wypłat z unijnych funduszy od przestrzegania zasad praworządności.

Monitorowane będzie jego wdrażanie, a kolejne transze będą przelewane dopiero wtedy, gdy KE uzna, że dane państwo wypełniło swoje zobowiązania.

Gdyby decydenci unijni rzeczywiście chcieli pomóc w pierwszej kolejności zrezygnowaliby z wprowadzania Europejskiego Zielonego Ładu, którego celem jest doprowadzenie w 2050 roku do tego by państwa Unii Europejskiej emitowały tylko tyle gazów cieplarnianych (w tym dwutlenku węgla), ile są w stanie pochłonąć. To oznacza drastyczne ograniczenie emisji tych gazów, czyli prawie całkowitą dekarbonizację gospodarki.

Uderzy to głównie w polską gospodarkę, której produkcja energii elektrycznej oparta jest na węglu. Ponieważ gospodarka nowych państw członkowskich, a zwłaszcza nasza staje się coraz bardziej konkurencyjna dla krajów „starej Unii”, więc wszelkimi sposobami starają się ją wyeliminować. Zwłaszcza my poddawani jesteśmy różnego rodzaju presjom.

Wprowadziła sprzedaż uprawnień do emisji dwutlenku węgla, nowe zasady delegowania pracowników za granicę, naciska by zamykać kopalnie węgla i elektrownie węglowe które zanieczyszczają powietrze.

Jakoś tak się dziwnie składa, że odchodzenie od węgla nie dotyczy Niemiec. Berlin naciska kraje unijne by rezygnowały z węgla, ale sam rozwija elektrownie węglowe. Pomimo negatywnej opinii rządowej komisji ekspertów oraz planu dekarbonizacji Niemiec do 2038 r. w maju br. produkcję rozpoczęła nowa elektrownia węglowa Datteln 4 w Nadrenii Północnej-Westfalii.

To samo dotyczy ekologii. Ratowanie Puszczy Białowieskiej niszczonej przez kornika drukarza zostało wstrzymane na skutek nacisków i gróźb Komisji Europejskiej. Natomiast prastary las Hambach położony między Kolonią a Akwizgranem w Niemczech jest bezkarnie wycinany pod kopalnię odkrywkową.

Zamiast poluzowania Zielonego Ładu, nie brak apeli o wykorzystanie obecnego kryzysu do radykalnych zielonych działań.

Uzależnienie transz finansowych od przestrzegania zasad praworządności, to znakomite narzędzie unijne do czołgania Polski, która łamie praworządność, bo chce zreformować swoje sądownictwo, będące w jej gestii. Natomiast brutalne tłumienie wielomiesięcznych protestów „żółtych kamizelek” we Francji jest wzorem jej szanowania.

Angela Merkel i Emanuel Macron zaproponowali by unijny Fundusz Odbudowy oprzeć na euroobligacjach o wartości 0,5 bln euro. Jeden z dokumentów Komisji Europejskiej sugeruje, że pakiet stymulacyjny powinien wynosić 2 bln euro. Znaczna część tej sumy ma pochodzić z rynków finansowych, co oznaczy, że Unia musi się zadłużyć.

Wielu polityków uważa, że wspólne gwarancje spłaty zaciągniętych kredytów są pierwszym  cichym krokiem, do tego, by bez zgody państw członkowskich Unię Europejską przekształcić w federację.

Jeżeli najbardziej zadłużone kraje Unii Grecy, Włochy, Portugalia nie będą w stanie spłacić swojej części kredytu, ich dług będą musiały spłacić pozostałe kraje w tym Polska.

Wielu moich rodaków myśli, że Polska odbuduje gospodarkę za unijne pieniądze, to znaczy, że wierzą w cuda. Dziś jeszcze nie wiemy jaką cenę zapłacimy za 64 mld euro, ale już wiele wskazuje, iż będzie ona olbrzymia.

Dlatego „Obawiam się Unii, nawet gdy obiecuje nam gigantyczne pieniądze”

Foto: internet