W demokracji obietnica wyborcza nie jest hasłem z billboardu. To kontrakt z obywatelami. Ludzie oddają głos w zamian za konkretne deklaracje. Słowa się dotrzymuje. Tak postępują ludzie honoru.

Tymczasem dziś znów słyszymy przede wszystkim jedno słowo: kredyt. Kolejne miliardy, kolejne zobowiązania, kolejne dekady spłacania. A gdy ktoś pyta o warunki, o zabezpieczenia, o to, ile z tych pieniędzy realnie zostanie w Polsce – zamiast odpowiedzi dostaje etykietę: „zakute łby”.

Władza, która obraża obywateli za zadawanie pytań, nie pokazuje siły. Pokazuje nerwowość, słabość i moralną degenerację.

Polacy już to znają. To nie jest nowy mechanizm. W latach 2013–2014 rząd Donald Tusk przeprowadził reformę OFE, przenosząc znaczną część aktywów do ZUS i zmieniając zasady systemu emerytalnego w trakcie jego funkcjonowania. Tłumaczono to stabilnością finansów publicznych. Wielu obywateli odebrało to jednak jako jednostronne przejęcie środków, które traktowali jako swoje oszczędności.

Reguły gry zostały zmienione w momencie presji budżetowej. Tak jak dziś – gdy finanse państwa znów balansują na krawędzi.
Dziś odpowiedzią na problemy i nieudolność w rządzeniu ma być ponowne zadłużanie kraju.
Równocześnie słyszymy wielkie deklaracje o trosce o przemysł strategiczny. Warto więc przypomnieć fakty. W 2012 roku część cywilna Huty Stalowa Wola została sprzedana chińskiej firmie LiuGong. Decyzję tę tłumaczono restrukturyzacją. Kilka lat później, gdy potrzeby produkcyjne zaczęły rosnąć, okazało się, że odbudowa potencjału nie jest ani szybka, ani tania. Zarząd PiS musiał odkupić od Chińczyków sprzedaną wcześniej infrastrukturę.
Podobnie było z zakładami Jelcz w Jelczu-Laskowicach – dziś kluczowymi dla produkcji wojskowej. Lata restrukturyzacji i wyprzedaży majątku ograniczyły infrastrukturę. Hale sprzedano. Gdy pojawiła się potrzeba zwiększenia mocy produkcyjnych, trzeba było myśleć o ich odzyskiwaniu.
Państwo, które najpierw wyprzedaje swój potencjał, a potem zmuszone jest go odbudowywać, płaci podwójnie – finansowo i strategicznie.
Jeżeli do tego dodamy rosnący deficyt oraz system ochrony zdrowia funkcjonujący w stanie permanentnego kryzysu, otrzymujemy pełny obraz jakości zarządzania państwem. Zadłużanie kraju nie może być strategią rozwoju.
Obywatel, który pyta o sens i warunki wielomiliardowych zobowiązań, nie jest wrogiem państwa. Jest jego współwłaścicielem. Ma prawo domagać się jasnych odpowiedzi: – jakie będą warunki kredytu,
– kto realnie na nim zarobi,
– ile środków zostanie w Polsce,
– i jak przełoży się to na trwałe wzmocnienie kraju.
Rządzenie to nie jest zarządzanie kredytem.
Rządzenie to odpowiedzialność za słowo, za majątek państwa i za przyszłość tych, którzy będą spłacać decyzje podejmowane dziś.
Bo dług nie jest abstrakcją.
Dług ma twarz młodego człowieka, który za kilka lat wejdzie na rynek pracy i odziedziczy rachunek, którego nie wystawiał.
Dług ma cenę -w podatkach, w inflacji, w ograniczonych możliwościach rozwoju.
Jeśli państwo odpowiada na każdy problem kolejną pożyczką, to nie jest strategia. To jest ucieczka w przyszłość kosztem tych, którzy nie mają dziś głosu przy stole decyzyjnym.
Demokracja to nie kredyt z odroczoną odpowiedzialnością.
Demokracja to umowa. A umów się dotrzymuje.
I jeśli ktoś uważa, że ci którzy zadają pytania,to „zakute łby”, to problemem nie są pytania.

Problemem jest władza, która boi się odpowiedzi. Panie prezydencie proszę nie podpisywać tej ustawy!!!