Raczyłem Was nie dawno opowieścią o tym, jak to umarł Wacek i nieutulona w żalu wdowa, która notabene też już nie żyje — wynajęła mnie z moim samochodem do podróży do kamieniołomu, żeby wybrać stosowny dla nieboszczyka , pochodzącego z Wilna kamień na nagrobek.

A w tym kamieniołomie spotkaliśmy, a to były lata poprzedzające rok 1989 – byłego kapitana kontrwywiadu Wojsk Ochrony Pogranicza, który , zapałał do mnie niezrozumiałym afektem, wdowę upił , wódką dostępną na kartki … i mnie chciał zdradzić — najtajniejszą tajemnicę owego kontrwywiadu, to znaczy ujawnić nazwisko tajnego ich współpracownika, który do nich, na nas, to jest na mnie i mojego przyjaciela Antoniego w związku z ciężkim podejrzeniem, uprawiania przez nas działalności antypaństwowej, to jest — rozprowadzanie prasy i literatury przez ówczesne władze zabronionej. Ja mu wtedy sprzed nosa uciekłem, przerażony wizją, że jak kapitan wytrzeźwieje, to naśle na mnie tenże kontrwywiad WOP w wiadomym celu…

Przywołując tedy ducha wspomnień kontaktów ze zwiadem Wojsk Ochrony Pogranicza — winny jestem moim czytelnikom ową historię jakoś spuentować. A zakończenie moich z WOP relacji odbyło się dopiero… na początku transformacji ustrojowej, która przekształciła strzegącą granic PRL formację … w Straż Graniczną, a mnie wywindowała nieoczekiwanie na stanowisko wójta nadgranicznej miejscowości.

Wtedy to, późnym popołudniem do mojego mieszkania zapukało trzech zatroskanych jegomości, którzy się przedstawili jako dowodzący w Gliwicach i Raciborzu oficerowie SG — zaniepokojeni doniesieniami ich tajnych informatorów, iż nowowybrany wójt, znany w okolicy oszołom, w najbliższą niedzielę, po mszy w kościele ma… z liczną grupą mieszkańców przekroczyć most graniczny i wtargnąć na terytorium Czechosłowcji po to, aby tym aktem otworzyć przejście graniczne. Bladzi na sponiewieranych długoletnim piciem obliczach oficerowie, z wyraźna trwogą w głosie, ale niesłychanie przy tym uprzejmie – zaczęli mnie wypytywać, czy rzeczywiście mam taki zamiar?

Oczywiście, ich osobowe źródło informacji, moje starania o utworzenie przejścia granicznego w celu intensyfikacji kontaktów z sąsiadami – przedstawiło im w przesadnie udramatyzowanej formie, dalekiej od prawdy, co po wyjaśnieniu z mojej strony – wprawiło dowódców w znakomity nastrój, co natychmiast wykorzystałem – uzyskując od nich zgodę na likwidację zasieków z drutu kolczastego, rozciągniętych w poprzek mostu.

Następną moją inicjatywą z tej branży było – wywiezienie na; odbywający się od wieków, w drugą niedzielę września odpust w święto Matki Boskiej Bolesnej – do kościoła, usytuowanego na wzgórzu Cyvilin w Krnovie – 800 przeważnie starszych osób. Pochodzących z dziada pradziada autochtonów; Morawian. Byłem poruszony takim obrazem, kiedy to do budynku, w którym urzędowałem, na mój apel zaczęły się zgłaszać sędziwe, mówiące często wyłącznie gwarą babcie i leciwi staruszkowie, dla których możliwość wzięcia udziału w odpuście była powrotem, do przerwanej przez komunistyczne rządy po jednej i drugie stronie granicy praktyki – pielgrzymowania do Matki Boskiej Bolesnej .

Ze Strażą Graniczną i celną załatwiłem to w ten sposób, że Urząd Gminy sporządził imienne listy uczestników pielgrzymki, następnie zamówiłem, ile się dało w okolicy autobusów, w sumie zebrało się ich 18 , i dzierżąc spis ich pasażerów w garści, wymachiwałem nim przed oczami pograniczników. Zszokowani taką z mojej strony beztroska — wszystkich nas przepuścili. W ten sposób obie nacje, w przepięknej barokowej świątyni, do której palca nie można było wetknąć, taki był, od bardzo dawana niewidziany tam tłum pątników — dziękowały Matce Boskiej Bolesnej za cud, który wyzwolił oba narody z jarzma komunizmu.

Post ilustruję zdjęciem, na którym jest mój przyjaciel Antoni, obok niego stoję ja i moja żona, która nie brała udziału w libacji z b. kapitanem kontrwywiadu WOP, ale też była objęta ichnią operacyjną inwigilacją.