Widmo rozpadu tuskowej koalicji z powodu rejterady Hołowni do Genewy, a co za tym idzie, możliwej śmierci jego partii sprawiły, że wszyscy spieszą by udzielić jej „ostatniego namaszczenie”. Ale z nim może być tak, jak feldkuratem Katzem, z „Dzielnego Wojaka Szwejka”, że zanim dotarł do żołnierzy, którzy go potrzebowali, ci zmarli.
Feldkurat (kapelan polowy) Katz w tej powieści to postać malownicza.
Hulaka, birbant i pijak.
Jakich wielu było w cesarsko-królewskiej armii Franza Josepha.
Rzadko mu się zdarzało by msze odprawiał na trzeźwo.
No i kochał karty.
A, że grał bez umiaru i też po pijaku, to przegrał nawet swojego pucybuta, zacnego wojaka Szwejka.
Gdy oglądam panie i panów z partii Hołowni dzielnie zapewniających przed kamerami, że pogłoski o jej śmierci są przesadzone, to udziela mi się nastrój tej powieści Haszka i dobry humor jej bohatera.
Bo inaczej nie da się komentować sytuacji samego Hołowni jak i jego ugrupowania.
Widząc jego klęskę, bo sondaże dają mu zaledwie jeden proc., jak austriaccy generałowi po wielkim laniu w Serbii, w czasie I wojny światowej, wycofał się na „z góry upatrzone pozycje” chroniąc swój tyłek i zranione, wielkie ego.
Zaś zasmarkani z żalu politycy wciskają każdemu, który im się nawinie, że to jeszcze nie koniec, ale szansa na „nowy początek”.
Tylko, że te zapewnienia nie trafiają jakoś do jego wyborców, bo trudno im zrozumieć woltę Hołowni.
Nie chcę być Kassandrą, ale może zdarzyć się, że kandydatów do schedy po Hołowni, może spotkać ten sam los co feldkurata Katza niosącego ostatnią pociechę,
że zanim z nią dotrą, delikwent nie dożyje.
Zostaw komentarz