28 lat temu, pod koniec października, umarł mój przyjaciel, z którym zaprzyjaźniłem się w III klasie Szkoły Podstawowej. Nasza nieomal półwieczna relacja opierała się pewnie, a raczej miała swoje źródło w przeciwieństwach. On był niski, ja – wysoki. On, można tak powiedzieć, pochodził jak na warunki komuny z zamożnej rodziny, ja – byłem po śmierci ojca biedny jak mysz kościelna. Łączyło nas wyalienowanie ze środowiska rówieśników, będących potomkami wadowickich mieszczan, łyków, osiadłych od wielu, wielu lat w dolinie rzeki Skawy. On był wnukiem skandalizującego obyczajowo poety i pisarza, który w ociekających spermą obrazach rozprawił się z miasteczkiem, w którym wcześniej miał nawet własną ulicę. Ja – wypędzonym z Kresów, bez absolutnie żadnego zaplecza rodzinnego, poza zdegradowaną społecznie przez komunistów matką, nauczycielką, byłą kierowniczką szkoły na Kresach, zmuszoną po śmierci męża, żeby utrzymać troje dzieci – myć podłogi w gruźliczym szpitalu.
I tak w drugiej, a już na pewno trzeciej klasie, jako autsajderzy trzymaliśmy się razem. Przyjaciel mieszkał za miastem, początkowo uczęszczał do kilkuklasowej szkoły, do której wspinał się pod górkę jakieś półtora kilometra. Potem jego mama, córka poety, woziła go do naszej szkoły na rowerze. Pamiętam, że w tym okresie paradował w takim śmiesznym, czerwonym berecie ozdobionym metalowymi cekinami. Niekiedy też po niego przyjeżdżał na motorze marki Zündapp jego ojciec, Kazimierz Rudel – były właściciel drukarni, którą oczywiście komuniści znacjonalizowali, a jego samego, jako element niepewny politycznie, zesłano do pracy w fabryce drutu.
Przyjaciel wyrastał w pewnej dychotomii: jego ojciec nienawidził ustroju, dawał temu przy każdej okazji wyraz, zaś babcia, wdowa po poecie, w nowej rzeczywistości hołubiona przez reżim za zasługi poety, który wieszczył na zjeździe lewicowych literatów we Lwowie tuż przed wybuchem II wojny światowej, że zwycięstwo rewolucji przyjdzie ze wschodu – próbowała się wygodnie urządzić. Nawet na osobiste życzenie samego ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza Maria Zegadłowiczowa otrzymała samochód Fiata 600, którym oczywiście wnuk Adam się rozbijał i w tamtych siermiężnych czasach bezwstydnie szpanował.
Kiedy przyjaciel był wyrostkiem, jego ojciec, którego notabene przyjaciel szczerze nienawidził, z domu, w którym panowała oportunistyczna wobec czerwonych atmosfera, wyprowadził się. To z pewnością miało wpływ na dalszy jego rozwój. Stał się oczkiem w głowie babci, jej siostry Kaiszerowej, nie mówiąc już o jego mamie – osobie niezwykle pogodnej, od maleńkości przyzwyczajonej do odmienności, szczególnie obyczajowej, jej ojca-poety.
Przyjaciel uczył się marnie, prawdę pisząc – nie uczył się w ogóle. Oceny w szkole podstawowej otrzymywał za bycie wnukiem osoby, która w miasteczku miała swój pomnik. Gorzej było w liceum, ale dzięki manewrowi zdawania matury w liceum dla pracujących cenzus uzyskał, zwłaszcza że w szczycie apoteozy rewolucyjnego poety szkole nadano imię jego dziadka. Z czasem zmienił nazwisko, by się nobilitować pochodzeniem. Chciał być Zegadłowiczem, nie Rudlem. Chciał zemścić się na ojcu, odciąć od niego, a przy okazji przybliżyć do legendy dziadka. Ten gest, choć pozornie symboliczny, był początkiem głębszego jego wykolejenia. I – jak się później okazało – przekleństwem dla jego syna Mateusza.
Przyjaciel był bystrym i pełnym wewnętrznych rozterek człowiekiem, lecz jego oportunistyczna postawa nie pozwalała innym tego w nim dostrzec. Ja dostrzegałem i kiedy byliśmy razem – dyskutowaliśmy ze sobą zawzięcie. Bywało, że odprowadzałem go przez 4 kilometry do domu, w którym mieszkał, a który to przed wojną jego dziadek wybudował dla swojej kochanki Szołajskiej, żeby mieć ją pod bokiem. Sam bowiem mieszkał z żoną i dwiema córkami w sąsiadującym z domkiem dworze, w którym zgromadził wspaniałą kolekcję obrazów, manuskryptów, rysunków, rzeźb, książek.
No więc ja go tam odprowadzałem, a on w zapale niedokończonej dyskusji odprowadzał mnie z powrotem do miasteczka. Nie spieraliśmy się w tych rozmowach, tylko roztrząsaliśmy różne aspekty tematu, który nas interesował. Ten dwór, w którym żona poety i jego młodsza córka zorganizowały po wojnie poświęcone – obiektywnie rzecz oceniając – jednemu z wybitniejszych twórców międzywojnia prywatne muzeum, odegrał ważną rolę w edukacji mojego przyjaciela. Nie tylko przez obcowanie na co dzień z dziełami sztuki, ale też przez kontakty z osobami zauroczonymi postacią i twórczością jego dziadka. Jednocześnie był jak trzęsawisko, z którego nie mógł się wydostać. Przejął od matki rolę strażnika pamięci.
Egzystując przy tym w skrajnym ubóstwie, bo przecież pół etatu, jakie zaoferowało mu PTTK, które przejęło patronat nad muzeum, albo jakiś niewielki ryczałt z Poczty Polskiej za opróżnianie skrzynki pocztowej i stemplowanie pamiątkowymi pieczątkami kartki rozprowadzane z wizerunkiem poety – nie były w stanie pokryć jego potrzeb. Oportunistycznie godził się na to, był w końcu jakimś tam szefem, nie musiał rano wstawać z łóżka. Mógł przy oprowadzaniu wycieczek po muzeum popisywać się swoją znajomością literatury, sztuki, wzbudzając autentyczny podziw u słuchaczy. To mu wystarczyło.
Wprawdzie podejmował jakieś próby wyrwania się z tego dla niego niewątpliwie toksycznego miejsca, ale zaraz wracał. Miał również zdolność przyciągania niespełnionych artystów, którzy zaczęli się o niego ocierać w przekonaniu, iż przy jego pomocy wślizgną się na Parnas.
W nowej rzeczywistości zabrakło lewicowej estymy wobec dziadka poety. Zabrano mu połowę ulicy, przywrócono dawną nazwę liceum, jednak orzeczono przyjacielowi jakąś niepełnosprawność z okresowo weryfikowaną rentą inwalidzką. Nie był już beneficjentem odcinającym kupony pozostawione przez dziadka, tylko klientem wsparcia socjalnego. Przyjaciel się ożenił, potem rozwiódł, znowu się ożenił – w wieku 56 lat zmarł, osierocając nastoletniego syna i dwójkę bardzo małych dzieci. Nie ma już muzeum w opuszczonym dworze, bogate zbiory, które były schedą po poecie, tak przez niego pieczołowicie pilnowane, zostały przejęte przez inną kulturalną placówkę.
Przeglądając dostarczone mi przez IPN akta, odkryłem, że Adam był zarejestrowany jako tajny współpracownik SB, TW „Kazek”. Wykorzystywany operacyjnie – także przeciwko mnie. Jestem przekonany, że nie działał z przekonania, tylko z lęku. Pewnie był jako pijak przez milicję notowany, zatrzymywany za zakłócanie porządku publicznego w stanie upojenia. Status tajnego współpracownika SB wybawiał go z niejednej opresji. Chronił przed mandatami czy oskarżeniami przed Kolegium Orzekającym. Ta wiedza nie ma jednak wpływu na moje o nim wspomnienie jako przyjacielu. W sumie byliśmy razem przez pół wieku. Jako były pracownik szpitala psychiatrycznego nie miałem złudzeń co do poziomu jego psychodegradacji spowodowanej alkoholem. Próbowałem mu nawet pomagać – zawiozłem go do Lublińca, do tamtejszego szpitala, na oddział, w którym pracował mój inny przyjaciel, lek. med. Krzysztof Czuma, który nawet kontakt z nim opisał w swojej książce „Pulpa”.
Na krótko przed jego śmiercią pomogłem mu w nawiązaniu kontaktu z władzami samorządowymi Wadowic, które zainteresowane były wsparciem kierowanego przez niego muzeum. Niestety, przybyła z Warszawy ekipa, która zamierzała nakręcić o nim film, upiła go do utraty przytomności. Konieczna była detoksykacja w szpitalu, która się jednak nie powiodła – doznał udaru mózgu. Po trzech miesiącach roślinnej wegetacji jego pogrzeb odbył się w przeddzień Zaduszek.
Mateusz, jego syn, nie udźwignął ciężaru nazwiska. Cezary Ciszewski* opisał go tak
Dzień, w którym go poznałem, był typowym grudniowym koszmarem. Mateusz spał pod rurą w źródełku wody oligoceńskiej w otoczeniu starych kloszardów warszawskich. Prawnuk legendarnego autora „Zmór”, „Motorów” i „Wrzosów”, czterokrotny przewodniczący samorządu w wadowickiej podstawówce i absolwent renomowanego krakowskiego liceum chrapał na całe źródło skacowany po kolejnym warszawskim wernisażu . Otworzył oczy, usiadł i wydeklamował wiersz Mariana Załuckiego: „Wyrodny Syn”, hymn na rzecz alkoholizmu. Kiedy nie był zajechany, czyli nie śmierdział, dorabiał jako telewizyjny statysta.
Żył od wernisażu do wernisażu, gdzie nie tylko zdobywał alkohol i jedzenie, lecz także znakomicie zorientowany w sztuce współczesnej, angażował się w wyrafinowane dyskusje intelektualne.
W Wadowicach mieszkał w podupadłym domku kompleksu Dworu Emila Zegadłowicza, bez prądu i wody lub u mamy i siostry w maleńkiej kawalerce domu socjalnego. Pomagał matce i siostrze, za co był bardzo ceniony i kochany przez panie domu .
Warszawa ciągnęła go mocniej i dawała to, czego pragnął, głosząc apoteozy narkomanii i alkoholizmu, zatopiony coraz bardziej w egocentrycznym samobójstwie. Tak on sam nazywał swój los, deklarując na tydzień przed śmiercią, że niczego by nie zmienił, bo jego styl jest lepszy niż krótki zryw samounicestwienia , na jaki zdobywa się większość.
Miał 32 lata i myślał, że mimo bałwochwalczych deklaracji pożyje długo i będzie wesoło. Nie wygrał z przygniatającą legendą Emila Zegadłowicza i z własnymi diabłami, które karmił dobrze. Zniszczył się jak jego ojciec Adam i zabrał ze sobą to, w co obydwaj wierzyli… nadzieję, że potomek Emila pomnoży dorobek i rozsławi go na cały świat. Genialna i wyzwalająca dla jednych a obrazoburcza i rozbuchana dla innych , literatura Emila Zegadłowicza ujrzy znowu światło wielu umysłów . W tym filmie zmory Zegadłowiczów staną wreszcie po właściwej stronie i pomogą wydobyć sens walki Emila Zegadłowicza o wolność człowieka i prawo do manifestowania namiętności ciała i intelektu . Śmierć jego prawnuka w tym kontekście to usłyszany głos z otchłani . Głos smutnego przeznaczenia i ostrzeżenie dla wszystkich .
Cezary Ciszewski dokumentuje ludzi ulicy, kontestatorów i wybitnych buntowników. Autor najbardziej radykalnego filmu o zatraceniu w piekle narkotykowym „Wolność jest Darem Boga”.
Zostaw komentarz