Dobrze znamy George Orwella i jego Rok 1984. Wyobraźmy sobie jednak ciut inną rzeczywistość, w której to jakimś cudem Ukraina gromi Rosję, następnie zaś rozciąga swoje granice zgodnie z „etnicznymi” zdaniem Kijowa. Sięga więc od Krakowa po Smoleńsk oraz od Królewca po południowe wybrzeża Morza Czarnego stając się tym samym mocarstwem światowym.
W tym alternatywnym świecie nie ma Orwella. Zamiast niego urodził się jakieś 70 lat później Jurij Orłelinśkij, na emigracji w ponownie rozdartych wojną domową USA napisał książkę Rok 2034. Głównym bohaterem tej antyutopii byłby nie Winston Smith, ale Witia Kowalenko. Poza tym byłoby podobnie jak w naszej rzeczywistości. Witia również pracowałby w Ministerstwie Prawdy, gdzie zajmowałby się ciągłym „aktualizowaniem” prasy. Do jego obowiązków należałoby między innymi usuwanie nazwisk osób popadniętych w niełaskę, poprawianie błędnych prognoz rządu (tak, aby jego przewidywania okazały się trafne), wymazywanie niespełnionych obietnic rządu czy nawet pisanie od nowa całych artykułów, jeżeli są w całości niezgodne z „rzeczywistością”. A przede wszystkim pisanie historii na nowo tak, aby była zgodna z przekazem rządzącej junty.
Jak na razie mamy coraz więcej dowodów na to, że powyższy scenariusz w przypadku wygranej wojny z Rosją wydaje się wielce prawdopodobny na Ukrainie.
Oto najnowszy numer miesięcznika “Незборима нація” (2026, ч. 08/488, po polsku „Niezłomny naród”) przynosi tekst pod godzącym w naszą pamięć tytułem:
Причини Волинського повстання 1943 року (przyczyny wołyńskiego powstania 1943 r.)
Ukraiński czytelnik z miejsca zostaje poinformowany o prześladowaniu „ukraińskiej” ludności II RP. W tym to autor upatruje genezę późniejszego wielkoskalowego ludobójstwa na Wołyniu, zwanego przez niego „powstaniem”.
Dlaczego więc w 1943 roku nasi przodkowie-Ukraińcy wzniecili na Wołyniu wielkie powstanie przeciwko Polsce? Ponieważ 23 lata wcześniej Sejm Warszawski (17 grudnia 1920 r.) jednogłośnie uchwalił specjalny akt o przyznaniu ziemi żołnierzom Wojska Polskiego. Akt ten przewidywał bezpłatne (!) przekazanie ziemi na tzw. Kresach Wschodnich – we Wschodniej Galicji, na Podolu i Wołyniu, w szczególności tym żołnierzom i ochotnikom Wojska Polskiego, którzy służyli na froncie, oraz inwalidom (art. 2). Inni żołnierze i inwalidzi mogli kupować ziemię (art. 3). (…)Ukraińska ludność Wołynia przyjęła to wrogo, ponieważ na ich ziemiach zaczęli masowo osiedlać się polscy wojskowi z rodzinami – byli oni postrzegani jako wrogowie i okupanci. Wszak wcześniej regularne Wojsko Polskie walczyło przeciwko Ukraińskiej Armii Halickiej oraz Armii UNR, w których służyli także Ukraińcy urodzeni na Wołyniu.
Trudno dzisiaj zaprzeczyć, że tacy się trafiali. Jednak trzeba pamiętać, że choć Ukraińska Armia Halicka początkowo (1918-1919) walczyła przeciw nam próbując zająć polski Lwów, to jednak w 1920 występowała u naszego boku jako armia sojusznicza. Niestety. Siły te były już bardzo mizerne (ok. 3900 ludzi). Trzeba też głośno mówić, że o wiele większa część Ukraińców opowiedziała się za bolszewikami. I nie tylko robotnicze rejony (Charków i Donieck); probolszewickie powstanie wybuchło nawet w Kijowie.
Mimo tego, że Ukraina poparła Moskwę w przeważającej większości do tej pory za Bugiem forsowany jest mit o „zdradzie Piłsudskiego”, który to zamiast wywalczyć niepodległą Ukrainę wbrew woli 90% jej mieszkańców zawarł układ pokojowy z bolszewicką Rosją (traktat ryski).
O tym jednak cichosza w cytowanym ukraińskim „historycznym” tekście. Zamiast tego mamy kolejną legendę. Nim jednak do niej przejdziemy parę słów o ziemi.
Ukraińcy bezczelnie kłamią, nazywając nas „okupantami”. Przede wszystkim trzeba podkreślić, że Województwo Wołyńskie było integralną i uznawaną przez społeczność międzynarodową częścią Polski. Co więcej, jedyny traktat graniczny zawarty pomiędzy Polską a wolną Ukrainą (URL) określał granicę na Zbruczu.
I faktycznie wzdłuż niej od 1921 do 17 września 1939 roku przebiegała granica pomiędzy Polską i Związkiem Sowieckim. Poza tym nikt Ukraińcom ziemi nie odbierał. Wołyń, o powierzchni niewiele mniejszej od ówczesnej Estonii (albo też ponad 70% dzisiejszej Słowacji) był wyjątkowo słabo zaludniony. Przy średniej 90 osób na km2 w Polsce ogółem na Wołyniu było prawie połowę mniej – 49. Tak więc każdy, kto chciał, miał swoją ziemię, a i tak odłogiem stało blisko milion hektarów. Dzięki sowieckim archiwom znamy rozmiar tego rzekomego powodu wybuchu „powstania” ukraińskiego. Otóż istniało 1709 gospodarstw osadniczych dysponujących ok. 26 tys. hektarów ziemi, co stanowiło niespełna 0,75% powierzchni województwa wołyńskiego! Trzy czwarte procenta! I to właśnie tak mocno wzburzyło Ukraińców…
Zważywszy na to, że w latach 20. i 30. XX wieku Wołyń znajdował się całkowicie pod okupacyjną (choć uznaną umowami międzynarodowymi) władzą Polski, początkowe wystąpienia lokalnej ludności wiejskiej nie miały charakteru masowego, więc były tłumione przez polską żandarmerię.
Jednak gdy w 1941 roku na Wołyń wkroczyły wojska niemieckie, sytuacja zmieniła się diametralnie – Polska straciła swoje instytucje władzy i żandarmerię na Wołyniu, a polski rząd próbował kierować działaniami podziemnej Armii Krajowej aż z Londynu. W zamian na Wołyniu powstaje UPA, która stanęła w obronie ukraińskich chłopów cierpiących pod władzą niemiecko-polską (później – rosyjsko-radziecką).
Początkowo nie wierzyłem własnym oczom, ale autor tego herstorycznego tekstu, tytułujący się doktorem nauk historycznych i… polonistą Taras Czuchlib rzeczywiście tak napisał!
Otóż podawana przez niego Ukraińcom jako najprawdziwsza prawda historyczna to stek bzdur nie wytrzymujący krytyki. :
DO 22 CZERWCA 1941 ROKU NA WOŁYNIU DZIAŁAŁY POLSKIE WŁADZE I ŻANDARMERIA!!!
Ni słowa o tym, że istniała tam późniejsza członkini ONZ Ukraińska Socjalistyczna Republika Sowiecka!
Ni słowa o ataku sowieckim na walczącą Polskę 17 września 1939 roku. Co więcej, Niemcy dokooptowali do istniejącej tam nieprzerwanie od 1921 roku władzy.
No, faktycznie, z Czuchliba taki historyk jak ze mnie kosmonauta… 😉
Nie dziwi więc dalsza narracja:
A zatem, ponad dwie dekady po uchwaleniu przez Sejm Warszawski „Aktu o przyznaniu ziemi żołnierzom Wojska Polskiego”, na ukraińskim Wołyniu w 1943 r. wybuchło narodowowyzwoleńcze powstanie przeciwko polskiej władzy okupacyjnej i jej niesprawiedliwym prawom.
I choć Sowieci w latach 1939-41 zdążyli wywieźć praktycznie wszystkich osadników i ich rodziny Czuchlib namalował alternatywny obraz świata w nadziei, że wyprane alkoholem i władzą sowiecką umysły przyswoją sobie taką „prawdę”.
Co więcej, wedle tego banderowskiego propagandzisty zabijanie polskich dzieci było usprawiedliwione:
W walce zbrojnej zginęło, według różnych szacunków, do 25 tysięcy polskich wojskowych osadników-okupantów i członków ich rodzin, których współczesna polska historiografia nacjonalistyczna z jakiegoś powodu traktuje jako „ludność cywilną”. Z rąk polskich żołnierzy Armii Krajowej zginęło około 20 tysięcy Ukraińców. W rzeczywistości nie była to „cywilna ludność polska”, lecz wojskowe osady Polaków-kolonistów na ukraińskim Wołyniu. Każdy mały Polak od dziecka uczył się rzemiosła wojskowego, bo urodził się w rodzinie wojskowych i wchodził w skład Armii Krajowej.
Jak już napisałem już w 1941 roku polskich osadników wojskowych i ich rodzin na Wołyniu praktycznie nie było.
W nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku władze sowieckie przeprowadziły pierwszą masową deportację Polaków na Syberię i w głąb ZSRS. Dotknęła ona głównie polskich osadników wojskowych oraz ich rodziny z Wołynia i innych kresowych ziem. Setki tysięcy ludzi straciły domy i trafiły w nieludzkie warunki Syberii oraz Kazachstanu. Kolejna deportacja nastąpiła 13 kwietnia, potem zaś trzecia w czerwcu i lipcu 1940 r. Ostatnia miała miejsce tuż przed atakiem prewencyjnym Niemiec na ZSRS w maju i czerwcu 1941 r.
Zatem co? Sowsiem pojebałoś panu hersterykowi? A może to próba wcielenia w życie kolejnej nowej narracji historycznej na wzór „polskich obozów koncentracyjnych”? Przypominam, że to ostanie prawie się Niemcom udało.
Na szczęście dla nas i na nieszczęście tego ukraińskiego poy.ba zwącego się historykiem banderowski rząd Zełenśkiego ma przechlapane u coraz większej części świata.
Amerykanie znajdują broń wysyłaną w ramach pomocy Ukrainie w kartelach narkotykowych i przemytniczych w Ameryce Południowej. Zachodzi pytanie, co bardziej wyniszcza Ukrainę? Wojna z Rosją czy sięgająca najwyższych władz megakorupcja?
Dlatego właśnie coraz bardziej w Polsce przebija się inna narracja. Otóż trzeba im pomagać. Ich wojna z Rosją musi bowiem trwać… aż do ostatniego banderowca.
Tymczasem banderowski propagandzista zwący się „doktorem” kończy swój ahistoryczny wywód tak oto:
Oto taka „nasza wspólna historia”… Jeśli polscy politycy nie znają prawdziwej historii swojego narodu, to ukraińscy historycy pomogą im poznać prawdę.
Najwyraźniej zmarły już niestety ksiądz Józef Tischner wymieniając ongiś istniejące prawdy (prawda, piykno prawda, tyz prawda i… gówno prawda!) zapomniał o jeszcze jednej.
Jest to prawda ukraińska.
13.08 2026
Oryginał tekstu: https://www.facebook.com/groups/taromskoe/posts/27825367650405112/
Zostaw komentarz