Andrzej Juliusz Sarwa jest polskim pisarzem, poetą, tłumaczem i dziennikarzem. Trudno znaleźć lub zsyntetyzować artystyczną duszę Mistrza Sarwy za pomocą kilku przymiotników, a jeszcze trudniejszym zadaniem jest podsumowanie jego drogi twórczej. Z bibliografią liczącą znacznie ponad 200 opublikowanych tomów, jego dzieła zostały przetłumaczone na kilka języków (m.in. angielski, włoski, francuski, hiszpański i japoński). To postać wielowymiarowa, kolos literatury, głęboko związany z Polską, a w szczególności ze swoim rodzinnym Sandomierzem, który jest muzą inspirującą wiele z jego dzieł.

Pisarstwo to forma sztuki pozornie cicha, lecz kiedy wkracza w umysł i serce, potrafi wywrócić życie człowieka do góry nogami.

Mistrzu, dziękuję za poświęcony czas. Czy zechciałby Pan opowiedzieć, kim jest Andrzej Sarwa?

To jedno z tych pytań, na które z wiekiem odpowiada się chyba coraz trudniej. Najłatwiej byłoby powiedzieć: pisarz, poeta, tłumacz, dziennikarz. Tyle że są to nazwy zajęć, a nie odpowiedź na pytanie, kim jest człowiek.

Przez ponad pół wieku zajmowałem się słowem i właściwie przez całe dorosłe życie z niego żyłem. Pisałem poezję i prozę, książki o religiach, teologii i eschatologii, o roślinach, zielarstwie, historii, Sandomierzu; tłumaczyłem i opracowywałem dawne teksty. Na pozór są to światy bardzo od siebie odległe. Dla mnie jednak zawsze łączyła je ciekawość. Chciałem wiedzieć, jak wygląda świat, ale jeszcze bardziej interesowało mnie to, czego nie widać na pierwszy rzut oka: skąd człowiek przychodzi, dokąd zmierza, czego się boi, w co wierzy i dlaczego od tysięcy lat nie przestaje zadawać sobie tych samych pytań.

Nigdy nie budowałem wokół siebie legendy pisarza. Powiedziałem kiedyś, że nie pisałem dla sławy, tylko po prostu „uprawiałem swój ogródek”. I chyba nadal jest to najprostsza odpowiedź. Pracowałem. Jedne rośliny w tym ogródku wyrosły większe, inne mniejsze, ale ogród przez pół wieku stał się dość rozległy.

Zawsze śmieszyli mnie literaci, którzy napompowani własną „wielkością” starali się pokazać wszystkim dokoła, jacy to są genialni i wybitni.

Jestem przy tym człowiekiem bardzo mocno zakorzenionym w jednym miejscu — w Sandomierzu. To moja ojczyzna. Rodzina (w żeńskiej linii) mieszka tutaj, jak sądzę, od około 250 lat, więc więź z tym miastem nie zaczęła się wraz z moimi narodzinami. Tutaj przyszedłem na świat, tutaj przeżyłem całe życie i zapewne tutaj je zakończę. Im jestem starszy, tym wyraźniej widzę, jak bardzo Sandomierz mnie ukształtował.

Kiedy i jak doszło do Pana debiutu?

Mój debiut miał miejsce w radiu. 16 kwietnia 1975 roku w Programie II Polskiego Radia zaprezentowano moje wiersze. Miałem wówczas dwadzieścia dwa lata. Rok później nastąpił debiut drukowany — w almanachu „Pierwszy komunikat” ukazał się mój wiersz „Mój synek”.

Kiedy człowiek ma dwadzieścia kilka lat, nie wie jeszcze, dokąd zaprowadzi go droga, na którą właśnie wszedł. Nie przypuszczałem wtedy, że po pięćdziesięciu latach będę mógł spojrzeć wstecz na setki wydań książkowych, publikacje prasowe, przekłady, prace translatorskie i książki, które znalazły czytelników także poza Polską.

Najważniejsze jest jednak chyba to, że pisanie bardzo szybko przestało być dla mnie wyłącznie pasją. Stało się zawodem i źródłem utrzymania. A to zmienia perspektywę. Natchnienie jest rzeczą piękną, ale zawodowy pisarz nie może czekać, aż natchnienie łaskawie zapuka do drzwi. Trzeba po prostu siadać i pracować.

Skąd czerpie Pan inspirację?

Ze wszystkiego, co mnie otacza i co mnie zaciekawia. Z historii, religii, dawnych ksiąg, ludzkich losów, przyrody, rozmów, podróży, przeczytanych kiedyś zdań, które z niewiadomego powodu pozostały w pamięci. Czasem początkiem książki może być wielki problem metafizyczny, a czasem drobiazg.

Ogromnym źródłem inspiracji jest dla mnie Sandomierz. I nie chodzi tylko o Sandomierz średniowieczny, choć ta epoka pozostawiła tu niezwykle mocny ślad. Historia ludzkiej obecności na tym terenie jest o wiele starsza — liczy tysiące lat. Człowiek żył na tych wzgórzach na długo przed powstaniem państwa polskiego i chrześcijańskiego miasta. Potem przychodziły kolejne epoki i każda pozostawiała coś po sobie.

To niezwykle działa na wyobraźnię. Patrzę na Wisłę, wzgórza, lessowe wąwozy i wiem, że patrzyli na nie również ludzie żyjący tutaj przed tysiącami lat. Nie znamy ich imion, często nawet nazwy ich kultur zostały wymyślone dopiero przez archeologów. A jednak byli tutaj naprawdę. Niektórzy wcześniej niż egipskie piramidy i Romulus i Remus… choć nikt o nich dziś nic nie wie i nawet o nich nie słyszał… a jednak ich oddech czują na sobie…

Może dlatego historia nigdy nie była dla mnie czymś martwym. W Sandomierzu człowiek właściwie po niej stąpa.

Ale Sandomierz to także miasto świętych, a ziemia, na której wyrósł, przesycona jest krwią chrześcijańskich męczenników. To nie jest dla mnie jedynie odległe wspomnienie zapisane w kronikach. Świadomość, że w miejscach, którymi chodzę od dzieciństwa, przez stulecia żyli, modlili się, cierpieli i umierali ludzie, spośród których wielu Kościół wyniósł na ołtarze, nadaje temu miastu jeszcze jeden wymiar — duchowy.

Mam z tym związane również bardzo osobiste wspomnienie. Kiedy konał mój ojciec, zobaczył jednego z sandomierskich męczenników czasu niemieckiej okupacji. Ucieszył się na jego widok. Dla mnie to wydarzenie pozostało czymś niezwykle ważnym.

Dlatego określenie Sandomierza mianem Małego Rzymu kojarzy mi się nie tylko z siedmioma wzgórzami, na których został zbudowany. Jest w tym podobieństwie coś znacznie głębszego: podobnie jak Rzym, Sandomierz jest miastem uświęconym krwią męczenników.

Jest jeszcze jedno źródło inspiracji, bardzo ważne zwłaszcza dla moich powieści: tajemnica Zła. Interesuje mnie Zło nie jako literacki rekwizyt, potrzebny po to, żeby przestraszyć czytelnika, lecz jako realna siła oddziałująca na człowieka i jego wybory, niszcząca ludzkie dusze, ale też zatruwająca całe społeczności i narody, a niekiedy wpływająca na bieg dziejów.

W moich powieściach Zło często zostaje upostaciowane, przybiera konkretną postać, lecz ważniejsze od jego zewnętrznego oblicza jest dla mnie to, co dzieje się z człowiekiem, który pozwala mu wejść w swoje życie. Zło rzadko zaczyna od rzeczy wielkich. Najpierw jest pokusą, zgodą na drobny kompromis, usprawiedliwieniem własnego czynu. Potem domaga się coraz więcej.

Dlatego literatura grozy interesowała mnie zawsze także jako literatura moralna i metafizyczna. Demon, klątwa czy pakt ze Złem mogą budować nastrój i fabułę, ale dla mnie najważniejsze pozostaje pytanie o człowieka: dlaczego ulega Złu, jak Zło go zmienia i czy z jego niewoli można się jeszcze wyzwolić, ale też pokazanie jak bardzo Zło dąży do zniszczenia wszystkiego co Pan Bóg powołał do istnienia.

Pisarz, poeta, tłumacz, dziennikarz i eseista: jak udaje się Panu pogodzić tę wieloetatowość? I jakie są różnice między tymi podejściami?

Nigdy nie uważałem tego za wieloetatowość. To raczej różne gałęzie tego samego drzewa, którego pniem jest słowo.

Każdy z tych rodzajów pracy wymaga jednak czegoś innego. Poeta musi umieć kondensować język. Czasami kilka wersów powinno unieść ciężar, na który prozaik potrzebowałby kilku stron. Powieściopisarz tworzy świat i musi sprawić, aby czytelnik zechciał w nim zamieszkać. Eseista może sobie pozwolić na wędrówkę za myślą i zadawanie pytań. Dziennikarz musi patrzeć na rzeczywistość, sprawdzać fakty i umieć oddzielić to, co wie, od tego, co przypuszcza.

Szczególnym zajęciem jest tłumaczenie. Tłumacz powinien posiadać własny język, a jednocześnie umieć usunąć się w cień. Nie ma poprawiać autora ani pisać książki za niego. Powinien pozwolić mu przemówić w innym języku, zachowując możliwie wiele z jego własnego głosu.

Te różne doświadczenia wzajemnie mnie uczyły. Dziennikarstwo dyscyplinowało, poezja uczyła oszczędności, proza dawała swobodę tworzenia, praca nad tekstami źródłowymi uczyła pokory wobec słowa, którego nie wolno dowolnie naginać.

Biorąc pod uwagę Pana niezwykłą twórczość, co uważa Pan za najpotężniejsze narzędzie w komunikacji ze współczesnym czytelnikiem?

Wciąż słowo.

Technologia zmieniła niemal wszystko wokół książki: sposób jej tworzenia, drukowania, rozpowszechniania i czytania. Ale nie zmieniła jednej rzeczy — człowiek nadal potrzebuje opowieści i nadal chce, żeby ktoś pomógł mu nazwać to, co sam przeżywa.

Nie sądzę, aby literatura powinna konkurować z obrazem szybkością. Jej przewaga polega właśnie na czymś innym. Film pokazuje nam twarz bohatera. Pisarz daje kilka słów, a twarz powstaje w głowie czytelnika. Każdy widzi ją trochę inaczej. Dlatego czytanie jest aktem współtworzenia.

Najpotężniejszym narzędziem pozostaje więc dla mnie słowo, ale słowo prawdziwe. Czytelnik bardzo szybko wyczuwa fałsz, pozę i pisanie wyłącznie po to, żeby zrobić na nim wrażenie.

Postrzegam sztukę jako formę metafizyki; czy zgadza się Pan z tym poglądem?

Tak. Powiedziałbym, że sztuka bardzo często prowadzi człowieka ku metafizyce. Nie mnie oceniać, jaka jest moja własna twórczość i jakie miejsce należy jej się w literaturze — to pozostawiam czytelnikom i, być może, przyszłym pokoleniom.

Sztuka nie musi przy tym mówić wprost o Bogu, zaświatach czy wieczności. Wystarczy, że dotyka tajemnicy istnienia. Miłość jest przecież tajemnicą. Śmierć jest tajemnicą. Dobro i Zło są tajemnicą. Sam fakt, że istniejemy i mamy świadomość własnego istnienia, jest czymś zdumiewającym.

Te pytania towarzyszyły mi przez znaczną część życia. Dlatego tak wiele pisałem o religiach, eschatologii, wyobrażeniach życia po śmierci, dobru i Złu, demonologii czy wierzeniach różnych kultur. Interesowało mnie nie tylko to, w co ludzie wierzą, lecz także dlaczego od tysięcy lat próbują zaglądać poza granicę świata dostępnego naszym zmysłom.

Podobnie jest ze sztuką. Nie daje ona dowodu w znaczeniu naukowym i nie taka jest jej rola. Może natomiast uchylić drzwi prowadzące ku Tajemnicy. A co znajduje się za tymi drzwiami — to już pytanie, na które każdy człowiek musi próbować odpowiedzieć sam.

Jaki jest Pana związek ze swoją ziemią i swoim miastem?

Czasami zastanawiam się, czy to ja wybrałem Sandomierz, czy raczej Sandomierz wybrał mnie. Urodziłem się tutaj, ale przecież przez kilkanaście lat mieszkałem gdzie indziej. Wyjechałem, żyłem z dala od rodzinnego miasta — i właśnie wtedy chyba najlepiej zrozumiałem, czym ono dla mnie jest.

Wróciłem, bo bez Sandomierza nie umiałem w pełni żyć. Można mieszkać gdzie indziej, można się tam urządzić, pracować, mieć przyjaciół, prowadzić normalne życie, a jednak odczuwać, że czegoś istotnego brakuje. Mnie brakowało właśnie tego miejsca.

Może więc rzeczywiście nie ja wybrałem Sandomierz. Może to on wybrał mnie. A skoro po latach nieobecności do niego wróciłem i już zostałem, widocznie nie potrafiliśmy bez siebie żyć.

Pisałem o Sandomierzu książki, legendy, opowiadania, przewodniki; jego historia i topografia przenikały również do mojej prozy. Ale mój stosunek do miasta jest starszy i głębszy niż działalność pisarska.

Sandomierz jest niezwykłym palimpsestem. Pod jedną warstwą historii znajduje się następna, pod nią jeszcze wcześniejsza, aż dochodzimy do czasów odległych o tysiące lat. Potem mamy średniowieczne miasto książąt i królów, kolejne stulecia Rzeczypospolitej, zabory, wiek XX i naszą współczesność. A wszystko to rozgrywa się na tych samych wzgórzach, nad tą samą rzeką.

Do tego dochodzi pejzaż: lessowe wąwozy, sady, winnice, stary kamień i cegła, światło nad Wisłą, zmieniające się pory roku. To są rzeczy, których po wielu dziesięcioleciach właściwie już się nie ogląda — człowiek nosi je w sobie.

W 2025 roku, podczas jubileuszu pięćdziesięciolecia mojej pracy twórczej, otrzymałem honorowe wyróżnienie Bene Meritus i symboliczny klucz do bram Sandomierza. Ten klucz miał dla mnie szczególne znaczenie właśnie dlatego, że otrzymałem go od miasta, z którym związałem całe życie.

Można odwiedzić wiele pięknych miejsc na świecie. Ale ojczyzna jest tylko jedna.

W Pana bogatej twórczości jest jakieś dzieło, z którym jest Pan szczególnie związany, i dlaczego?

Mam szczególny sentyment do swoich powieści. Może dlatego, że właśnie w nich spotykają się różne nurty moich zainteresowań: historia, religia, tajemnica, metafizyka, czasem groza, a bardzo często również Sandomierz.

Trudno jednak wskazać jedną książkę i powiedzieć: ta jest najważniejsza. Książki powstawały w różnych okresach mojego życia i każda coś z tego czasu zachowała. „Cień Władcy Sabatu”, „Wieszczba krwawej głowy”, „Tajemnica rodu Semberków”, „Cmentarz Świętego Medarda”, „Tuman krwawej mgły” czy „Syn Cienistej Strony” są mi bliskie z różnych powodów.

Osobne miejsce zajmują książki poświęcone rzeczom ostatecznym człowieka i świata. Towarzyszyło mi przez wiele lat pytanie, co różne religie i tradycje mówią o śmierci, sądzie, zbawieniu, potępieniu i ostatecznym przeznaczeniu człowieka. Ku mojemu zadowoleniu część tych prac zaczęła później żyć własnym życiem także w obiegu akademickim — była cytowana w pracach naukowych i wykorzystywana w dydaktyce.

Nie umiałbym więc wybrać jednego dziecka spośród wielu. Mogę natomiast powiedzieć, że do powieści mam stosunek najbardziej osobisty.

W swojej karierze otrzymał Pan nagrody i odznaczenia, w tym medal „Gloria Artis”: co to dla Pana oznaczało?

Oczywiście było to dla mnie ważne. Brązowy Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” otrzymałem w 2019 roku. W uzasadnieniu zwracano uwagę nie tylko na książki, lecz także na działalność redakcyjną i wydawniczą oraz popularyzowanie dziedzictwa kultury polskiej i europejskiej. Dla człowieka, który przez dziesięciolecia pracował przede wszystkim przy biurku, świadomość, że ta praca została dostrzeżona, jest źródłem satysfakcji.

W ciągu lat otrzymałem także inne odznaczenia i wyróżnienia, między innymi Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Złoty Krzyż Zasługi, Medal Komisji Edukacji Narodowej, Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości, Medal „Pro Patria”, Nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a w 2025 roku Bene Meritus Sandomierza.

Nie będę tutaj wymieniał wielu innych wyróżnień i odznaczeń zagranicznych. Wspomnę jedynie o Gwieździe „Nasledije” II stopnia — w oryginale Звезда «НАСЛѢДIЕ» — ustanowionej przez Rosyjski Związek Pisarzy za zgodą głowy Rosyjskiego Domu Cesarskiego Romanowów, wielkiej księżnej Marii Władimirowny, oraz o amerykańskim patencie pułkownika Kentucky.

Nie chciałbym jednak budować z nich hierarchii własnego życia. Odznaczenie jest znakiem uznania i należy je przyjąć z wdzięcznością, ale też nie ma powodu, by fałszywą skromnością pomniejszać jego znaczenie. Pisarz następnego dnia i tak znowu zostaje sam z pustą kartką. Żaden medal nie napisze za niego kolejnego zdania.

I może właśnie to jest zdrowe.

Jak widzi Pan przyszłość poezji i literatury w ogóle?

Przepowiadanie śmierci literatury ma bardzo długą tradycję, a literatura wykazuje zadziwiający brak posłuszeństwa wobec tych przepowiedni.

Oczywiście zmienia się świat. Zmieniają się sposoby czytania, nośniki, język, tempo życia. Pojawiła się sztuczna inteligencja i niewątpliwie będzie miała ogromny wpływ na sposób tworzenia tekstów. Nie ma sensu udawać, że nic się nie dzieje.

Ale technologia nie zlikwidowała człowieka. A dopóki istnieje człowiek, istnieją pytania, których nie da się sprowadzić do informacji. Dlaczego kocham? Dlaczego cierpię? Kim jestem? Co mam zrobić z własną samotnością? Dlaczego istnieje zło? Czy śmierć jest końcem? Czy moje życie ma sens?

Literatura nie zawsze daje odpowiedzi. Często jej zadaniem jest raczej pomóc właściwie postawić pytanie.

A poezja? O nią jestem raczej spokojny. Przetrwała już tyle mód, przewrotów artystycznych i przepowiedni własnej śmierci, że zapewne przetrwa nawet rap. :-) Zresztą kto wie — może i w rapie, pod całym tym rytmem, buntem i hałasem, od czasu do czasu ukrywa się poezja. Człowiek od tysięcy lat potrzebuje rytmu, słowa i metafory, żeby powiedzieć to, czego zwyczajnym językiem powiedzieć nie potrafi. I dopóki będzie odczuwał taką potrzebę, poezja będzie istniała.