Do całkiem niedawna, bo do niedzieli dwunastego stycznia 2025 roku żył sobie pewien pan. Gdy umierał miał ponad osiemdziesiąt lat i dla niektórych nie istniał już od dawna, bo ludzie szybko zapominają o innych i łatwo wykreślają nazwiska z notesika z numerami telefonów.

Wiem o nim mniej niż niewiele, a właściwie to nic. Pewnym jest, że był ambitny i raczej uparty, bo takie cechy są potrzebne, żeby zostać profesorem. Jedni go lubili, inni nie. Mówili, że bywał okropny, że dużo wymagał, że oczekiwał zbyt wiele. Ktoś mówił, ze potrafił nakrzyczeć i nawet pewna pani profesor wspomniała kiedyś, że „przesadzał” i coś w rodzaju, że był „trudną osobą”. Pomyślałam, że jeśli ona tak mówi, to musiała być prawda.

Gdy zaczęłam pracować w swoim zawodzie i bylam żółtodziobem, widywałam profesora na odprawach i omawianiu problemów w oddziale. Był drobny, raczej szczupły i miał brodę. Nie wyglądał strasznie, ale ja się go strasznie bałam. Nawet skojarzenie z baśniową postacią Koszałka-Opałka niewiele pomagało, żeby odczarować te odczucia. Na wszelki wypadek unikałam go i trzymałam z daleka, bo ja tak mam, że gdy się kogoś obawiam, to udaję, że mnie nie ma.

Kiedyś, na cotygodniowym oddziałowym spotkaniu miałam zadanie opowiedzieć o swoim nowym pacjencie. Sporo osób tam było, a wszyscy ode mnie mądrzejsi. Doktorzy, pielęgniarki, jacyś stsrsi stażem lekarze i byl też sam pan Profesor. Zerkał na mnie i spoglądał bez wielkiego zainteresowania, bo takich jak ja znał lub nie znał w setkach i tysiącach. Czułam się jak szara mysz, która popiskując w zdenerwowaniu ma na celu opowiedzieć o czymś ważnym i najlepiej w sprawny sposób, rzeczowo i używając właściwie dobranych słów. Tym czasem ja poczułam, że bardzo bym chciała prześlizgnąć się niezauważona i czmychnąć z pomieszczenia. Szukałam zaklęć na zwabienie burzy z piorunami i wyobrażałam sobie, że zakładam czapkę niewidkę. Im bardziej wszyscy patrzyli, tym bardziej wciskałam się w kąt sali i wrastałam w podłogę marząc o zdolnościach, jakie ma kameleon, bo na pewno nie ja. Z tego strachu nie mogłam zacząć mówić, bo w gardle urosla mi dziwna gula, której ani przełknąć, ani wypluć nie mogłam. Potem wydusiłam z siebie jakieś dziwne dźwięki, które po kilku minutach zaczęły przypominać mój głos, a potem już poszło. Chyba nie było tak źle, bo oan profesor pokiwał głową na koniec i nie nakrzyczał na mnie, więc dumna byłam z siebie niemożebnie. To był ten czas, gdy każdy mądry człowiek w pracy powodował u mnie przerażenie i jąkanie. Wstyd mi było z każdego niemal powodu z trudem przychodziło mi odnalezienie się w świecie, który wydawał się odległy i dla mnie maluczkiej i prosto z prowincji niedosięgly.

Zdarzało mi się potem zgłaszać z jakąś sprawą Pana Profesora. Za każdym razem był uprzejmy i całkiem miły. Tym bardziej myślałam o nim wspominając skrybę z bajki, którego wspominałam i kojarzyłam tylko dobrze. Niemniej trzymałam się swojej zasady znikania i nierzucania w oczy i szło mi tak dobrze, że Pan profesor zapomniał o moim istnieniu. Gdy więc po blisko trzech latach wojaży po innych oddziałach i szpitalach, bo skupiłam się na robieniu specjalizacji, wróciłam do matecznika, dostałam zaproszenie na spotkanie. Pan profesor oczekiwał mnie w swoim gabinecie i drapał się po głowie w zdziwieniu, że przeoczył moje istnienie. Trochę zabawnie było z tego wszystkiego, a zwłaszcza w momencie, gdy dostałam propozycję pracy naukowej i doktoratu pod jego kuratelą. Z dumy prawie pękłam, ale po kilku dniach odmówiłam, bo zawsze w siebie nie umiałam uwierzyć. Uznałam, że to za trudne i zbyt skomplikowane, że nie podołam i ” nie ogarnę”, a poza tym bez sensu i bezcelowe. Spotkanie kosztowało mnie tyle niepotrzebnych nerwów, że w nagrodę za przetrwanie kupiłam sobie bransoletkę z czerwonych kamieni, które udawały koral. Mam ja do dziś, na pamiątkę, bo się nie polubiłyśmy.

W pewnym momencie mojego życia na horyzoncie pojawiły się czarne chmury. Przybywało ich tyle, aż zrobiło się bardzo ciemno i mroczno. Dołączył do nich okropny wiatr z deszczem i wszystko stało się niepewne i budziło u mnie lęk z przerażeniem. Nastał czas mroku i niepewności, gdy czułam się niezmiernie samotnie i jak na bezludnej wyspie, o której nikt nie wiedział, że istnieje. Było kilka osób, które się martwiły i na swój sposób chciały pomóc, ale w tamtym czasie na oczy spadło mi dziwne bielmo, uszy nie chciały słyszeć i wszystko było nie takie, jakie powinno być. Wtem i ni stąd ni zowąd dostałam zaproszenie do Pana Profesora. Oczywiście zdążyłam pomyśleć, że to może być tylko gwóźdź do mojej trumny, ale poszłam, bo co mogłabym innego zrobić. Pan Profesor oczekiwał mnie w swoim małym gabinecie pełnym starych i nowych książek, czasopism i gazet, papierów i dokumentów, które piętrzyły się w jego królestwie. Z perspektywy czasu myślę sobie, że było tam zupełnie inaczej, ale tak wspominam sobie tamte chwile. Stanęło na tym, że będę odwiedzać i wpadać do Pana Profesora przed naszą pracą i obowiązkami. Mieliśmy sobie rozmawiać, omawiać różne sprawy i generalnie spotykać. I tak było. Zwykle kilka minut czy mały kwadrans spędzaliśmy razem w okolicach siódmej z minutami. Rozmawialiśmy o niczym konkretnym, trochę o mnie, trochę o życiu, ciut o świecie. Zaskoczyło mnie mnóstwo. Po pierwsze to, że Pan Profesor jest inny niż to zakładałam. Miał w sobie dużo ciepła i spokoju. Za każdym razem pomimo mojego nawykowego zdenerwowania, wychodziłam ze spotkania dziwnie wyciszona. Pamiętam swoją minę, gdy któregoś razu zadzwonił telefon Pana Profesora, a on odebrał mówiąc do tej osoby tak mile, a to była jego żona. Mógł przecież nafukać, burknąć, mruknąć, a on przeprosił mnie za tę ukradzioną nam chwilę i zamienił spokojne kilka zdań z żoną.

Pamiętam też jeden moment, gdy temat dotyczył śmierci i straty. Pił herbatę ze swojego kubka z rysunkiem kotów. Powiedział wtedy to, co i ja często mówię innym. Wspomniał swojego kota, po którego śmierci cierpiał i tęsknił. Nie wstydził się powiedzieć, że był w żałobie, że ponad rok ta tęsknota trwała. Szalenie mnie tym ujął, bo poczułam, że myślimy podobnie o naszych mniejszych braciach oraz, że traktuje ich jak pełnoprawnych członków rodziny.

Wracając do zaskoczeń, to po drugie, trudno będzie ująć tę kwestię w dobre słowa. Pan profesor dał mi poczucie bezpieczeństwa i rodzaj bliskości, który był mi wtedy niezbędny. Zabrzmi śmiesznie, ale przez chwilkę poczułam, że mam zastępczego ojca, bo tego prawdziwego tak naprawdę nie miałam. Gdy własny rodzic zawiedzie, szukamy czasem innego. Ten „mój” pojawił się w życiu, na chwilę, ale doceniam ją bardzo.

Pan Profesor pracował jeszcze jakiś krótki czas, ale wiek i zmiany wszelakiego rodzaju nie pomagały mu. Myślę o tym, że któregoś dnia musiał zostawić swoją katedrę, gabinet i zamknąć za sobą drzwi do wieloletniej pracy na rzecz kliniki i nauki.

Pisałam do niego czasem, ale rzadko. Uznawałam, że nie mam prawa wkraczać w jego życie na emeryturze, świat książek i nauki, a tym bardziej ten prywatny teren, który jest swego rodzaju świętością.
Dopytywałam o niego wspólną znajomą i prosiłam o przekazanie słów pozdrowienia. Już nie będę, choć właściwie to nie wiem, czy można pozdrowić kogoś po jego śmierci?

Napisane na pamiątkę, 15 stycznia 2025 roku z ciepłą myślą o Panu Profesorze Waldemarze Szelenbergerze.