Zawsze mnie uczono, że to obywatelowi wolno robić wszystko, co nie jest zakazane. Zawsze mnie uczono, że władzy publicznej wolno robić tylko to, co jest jej dozwolone. Że zaniechanie wykonania obowiązku jest karalne. Że nadużycie uprawnień jest karalne.
Profesor Piotrowski uważa inaczej (zobacz tutaj). No cóż… on profesor, ja zwykły adwokat. Coś mi jednak mówi, że za oderwanie nauki od praktyki prawa będziemy płacić coraz większą cenę.
Wg tego, co mnie uczono (na Uniwersytecie Warszawskim, ale prawa konstytucyjnego i profesora, który wtedy był doktorem, nie zdawałem) klasyczny kanon państwa prawnego opiera się na asymetrii gwarancyjnej:
Dla obywatela (art. 31 ust. 2 Konstytucji RP): Dozwolone jest wszystko, co nie jest prawem zakazane. To domniemanie wolności i autonomii jednostki.
Dla władzy publicznej (art. 7 Konstytucji RP – zasada legalizmu): Dozwolone jest wyłącznie to, do czego istnieje wyraźna, ustawowa podstawa kompetencyjna. Brak przepisu oznacza brak kompetencji, a nie swobodę działania.
Gdy teraz, w dyskursie doktrynalnym, zaczyna się relatywizować tę granicę – tłumacząc działania organów „duchem dziejów”, „wyższą koniecznością”, „sytuacją nadzwyczajną” czy elastyczną wykładnią celowościową ponad brzmieniem ustawy – dochodzi do niebezpiecznego odwrócenia ról. Władza zaczyna działać na zasadzie domniemania kompetencji, a obywatel zostaje zmuszony do udowadniania, że jego podstawowe uprawnienia w ogóle istnieją.
Obywatela reprezentuje w sądzie nie profesor, tylko adwokat.
Rozdźwięk między katedrą uniwersytecką a praktyką adwokacką polega przede wszystkim na ciężarze odpowiedzialności:
dla profesora: Wykładnia to intelektualny traktat, w którym można żonglować koncepcjami, tworzyć konstrukcje in abstracto i relatywizować naruszenia prawa bez ponoszenia bezpośrednich konsekwencji personalnych.
dla adwokata: Każda norma prawna ma konkretną twarz – aresztowanego klienta, przedsiębiorcy tracącego dorobek życia przez bezprawną decyzję urzędnika czy strony pozbawionej prawa do rzetelnego procesu (art. 45 Konstytucji).
Gdy nauka prawa odkleja się od rzeczywistości procesowej, tworzy doktryny, które w podręcznikach czy w audycjach medialnych wyglądają elegancko, ale w zderzeniu z prokuraturą czy aparatem skarbowym pozostawiają obywatela bezbronnym.
Cena za ten stan rzeczy jest wysoka.
Zaniechania i nadużycia władzy (art. 231 k.k.) bywają zamiatane pod dywan brakiem „szkodliwości społecznej” lub skomplikowaną dialektywą doktrynalną. Gdy „wszyscy naruszają prawo, więc nikt tak naprawdę go nie łamie”, znika pojęcie bezprawia urzędniczego.
Prawo przestaje być tarczą chroniącą słabszego przed silniejszym, a staje się instrumentem, którego treść zależy od aktualnej siły politycznej i elastyczności komentatorów.
Dopóki akademicki autorytet nie będzie weryfikowany przez pryzmat tego, jak dana teza sprawdza się na sali sądowej w obronie człowieka przed aparatem przymusu państwowego, dopóty teoria będzie legitymizować erozję elementarnych standardów państwa prawnego.
Zostaw komentarz