To było w kwietniu na początku lat 70- tych, gdy zapachniało wiosną. Ponieważ nie mam pewności co do daty, to zakładam, że równie dobrze mógł to być też maj, ten co od lat w piosence Maryli Rodowicz gra w uchu na jego wspomnienie.

Było wczesne popołudnie, w okolicach godziny piętnastej, gdy pan Kazimierz zamknął za sobą drzwi pracy i wyruszył w drogę powrotną do domu. Może był trochę zmęczony, jak to po pracy, ale tego dnia czuł się wyjątkowo spokojnie i było mu nawet przyjemnie. Zdążył zjeść całkiem smaczny obiad na stołówce w pracy (dwudaniowy i z kompotem). Przy okazji porozmawiał z majstrem o sprawie swojego kolegi, którego chciał wkręcić do pracy na swojej zmianie. Udało się, więc już mógł szykować się obiecaną wódkę, którą mu obiecano za pomyślne załatwienie sprawy.
Postanowił, że skorzysta z miłych okoliczności przyrody i pogody i skoczy na piwo z sąsiadem. Obiecał sobie, że nie wypije nie więcej niż dwa, bo w środku tygodnia nie lubił męczyć się z kacem.

Ciekawe, że w takich i podobnych przyjemnych chwilach potrafią przyjść do głowy niepokojące myśli. Pan Kazimierz wydawał się być nieco przesądny i miał obawy, że ten dziwny według niego spokój może oznaczać coś złego. Na wszelki wypadek splunął przez lewe ramię, a potem dla zachowania symetrii także przez prawe. Zdążył pomyśleć, że może to jakaś cisza przed burzą, że lepiej być czujnym, bo to wiadomo, co czyha za zakrętem?

Poniekąd przewidywania były słuszne, bo to był dzień, gdy poznał swoją żonę.

Pan Kazimierz był młodym mężczyzną. Gdyby chcieć stworzyć jego opis, to zawierałby informacje: lat dwadzieścia trzy, średniego wzrostu, szczupła budowa ciała, włosy w kolorze ciemny blond, oczy szare, nos mały, usta wąskie. Właściwie to nie wyróżniał się niczym szczególnym, a z twarzy nie był do nikogo podobny. Przypominał lekko ojca i miał ciut z matki, ale po którejś z zakrapianych imprez swoich rodziców, gdy wybuchły pijane swary, do którego z rodziców jest bardziej podobny, koncyliacyjnie uznano w końcu, że najbardziej przypomina siebie samego. To była najlepsza z możliwych konstatacja, bo ojciec pana Kazimierza wydawał się coraz bardziej zaniepokojony przebiegiem i ewentualnym efektem dociekań swoich gości.

Pan Kazimierz pracował w warszawskim zakładzie produkującym słodycze, po które Polacy zjeżdżali z całego kraju. E.Wedel miał swoją niepodważalną renomę, ale i praktycznie żadną konkurencję. Po odrobinę słodkości klienci potrafili jechać godzinami, a potem stać w długich kolejkach. Ten dawny rarytas juz ładne lata temu został zdeklasowany i zdetronizowany. Możnaby napisać wiele na ten temat, ale w tej historii to pan Kazimierz jest najważniejszy, więc wracam do jego dziejów.

W pracy zadaniem naszego bohatera było dbanie o maszyny produkcyjne, czyli był „złotą rączką”, potrzebną przy okazji usterek i podobnych kłopotów z maszynami na produkcji ciastek. Robota była ani dobra, ani zła. Można było się najeść ciastek, które jeszcze ciepłe płynęły taśmą do przygowanych pudełek. Gorzej, bo trzeba było pracować na trzy zmiany, a „nocki” bez spania dawały w kość najtwardszym pracownikom. Pan Kazimierz narzekał więc czasem na te „nocki”, ale potem robił ogólne rozrachunki i wychodziło mu na to, że lepiej nie szukać innej roboty. W końcu miał całkiem dobrze, bo pensja mu wystarczała, co jakiś czas dostawał talony na słodycze, które zwykle zdobywało się spod lady i po znajomości, miał też dopłaty do wczasów. Był kawalerem, więc wielkich wydatków nie miał, a na piwo i papierosy wystarczało z naddatkiem. Jeśli zastanawiał się nad zawodową przyszłością, bo nie karierą, jej nie planował, to z rzadka i uznając ten temat za mało istotny. Nie miał wielkich wymagań od losu, bo zadowolony był z tego, co ma. Inni snuli różnorakie plany, ale pan Kazimierz żył sobie zgodnie ze swoją maksymą, że skoro ma co do brzucha włożyć, goły nie chodzi, to dobrze jest i nie ma sensu kombinować.

Pan Kazimierz był generalnie osobą ugodową i spokojną. Za to go lubiano od małego. Gdy jako mały Kazio trafił do przedszkola, nie był skory do bijatyk z dziećmi. Nawet przy okazji sporów w piaskownicy o łopatkę, wiaderko czy inne zabawki wchodził w rolę obserwatora zaciekłej walki kolegów i nie wchodził w bitki z byle powodu. Tak zostało, za co jedni go lubili, inny wyśmiewali, bo dorastający Kazik pozostawał prędzej, a może nawet zawsze rozjemcą kłótni niż ich uczestnikiem. Owszem byli tacy, co go z tego powodu nazywali obraźliwie, zarzucali różności, ale pan Kazik miał do tego zdrowy dystans.
Nie był szczególnie zdolny, ale nie zimował w żadnej klasie. Najlepiej mu szło na początku nauki w podstawówce i nawet dostał dobre oceny na świadectwie końcowym w trzeciej klasie. Potem zrobiło się gorzej z tymi ocenami, bo podwórko z kolegami było bardziej atrakcyjne. Piłka, zabawy do późnego popołudnia wciągały bardziej niż lektury szkolne. Jego rodzice szczególnie nie przykładali wagi do ocen szkolnych syna. Sami mieli wykształcenie podstawowe i kursy zawodowe na koncie. Cieszyli się, że Kazik ukończył zawodówkę, bo przecież mógł nie zrobić żadnej szkoły i dociągnąć do końca edukacji bez jakichkolwiek dyplomów.
Kazik został więc zawodowym specem od maszyn i to wszystkim w rodzinie absolutnie wystarczyło. Do pełni szczęścia brakowało tylko jakiejś „Ewy”, ale z jakiegoś powodu do żadnego ślubu nie doszło. Była Krysia, Zosia, jakaś Anka, ale nie udało się stworzyć z tych znajomości związku. Pan Kazimierz nie wpadał w panikę z tego powodu słusznie uznając, że kiedyś jego sytuacja osobista się zmieni.

I co by nie mówić czy pisać, miał sporo racji. Tego dnia jego los miał swoj plan, żeby się odmienić.