Rektor z okazji 30-lecia objęcia urzędu, którego bynajmniej nie zamierzał zwolnić nikomu innemu, przekazując go po swojej śmierci nieślubnemu synowi, otrzymał od Ministra Nieuki Najniższej prezent. Przywiózł go samochód dostawczy na tablicach rejestracyjnych tak ubrudzonych błotem, że trudno było stwierdzić jego przynależność.
Prezent o sporych wymiarach wypakowano tuż przed wejściem głównym do uniwersytetu. Odbierał go Woźny w towarzystwie jednego dobermana, drugi spał za piecem w kotłowni.
– Podpisz się pan tutaj, tylko czytelnie – powiedział pracownik firmy transportowej do Woźnego, dopalając papierosa bez filtra. Opuszki jego palców wskazywały na to, że był maksymalistą. Palił papierosa do progu bólu wynikającego z poparzenia.
– Dziękuję, zaraz zadzwonię do Rektora i poinformuję o przesyłce – powiedział beznamiętnie Woźny.
– Chwileczkę, a czy w ramach napiwku i skromnej gratyfikacji nie dało by się czegoś stąd tutaj zabrać? – zapytał transportowiec i w tej chwili doberman zaczął go intensywnie obwąchiwać szczerząc kły.
Woźny zrozumiał, że faktycznie głupio trochę tak człowieka z pustymi rękoma odesłać. Bo jeszcze powie Ministrowi, a kolejny do prezentu jest Kanclerz i Kwestor. Dziekanom Minister nic nie daje. Nawet ich nie zna. Poleca jedynie Rektorom, żeby im coś tam dali.
– Mogę panu zaoferować kilka roczników czasopisma Studiów z Mchu i Paproci, które dla zrobienia na czytelniku lepszego wrażenia nazwaliśmy po angielsku: Studies on Moss and Ferns. Zawierają one liczne teksty naszych wybitnych naukowców, którzy nie mając wyraźnych powodów do pisania o czymś, piszą o niczym. Ale to też jest punktowane – zaznaczył wyraźnie Woźny.
– Przecież ja tych czasopism, z całym szacunkiem dla twórczości waszych tutaj naukowców, ani nie wypiję, ani nie wypalę. – Odparł grzecznie transportowiec. – No to jak będzie? – dopytał zniecierpliwiony bo mu już wóz 10 minut na włączonym silniku pracował.
– Daj pan chwilę, skocze na uczelnie i zapytam. – Powiedział Woźny i pobiegł na jednej nodze do portierni.
– Ratuj pan, jest pilny temat, odwdzięczę się – powiedział Woźny do lekko znudzonego portiera. – Mamy coś na stanie do picia, ale takiego, co kopie w beret? Coś mocniejszego znaczy, tylko nie Harnasie bo to nas skompromituje. – Zapytał.
– Oficjalnie nie mamy – uśmiechnął się portier.
– A nieoficjalnie? – zapytał Woźny.
– Nieoficjalnie to mogę powiedzieć tylko pod warunkiem, że primo – to zostanie w tajemnicy, secundo – że odblokujecie nam te kanały filmowe ilustrujące przemoc w świecie zwierząt. Dla zabicia czasu uwielbiamy je oglądać, a ludzie z ISC nam je poblokowali. A sami oglądają! I to te najbardziej drapieżne! A nam pozwalają tylko oglądać te łagodne, na pastwiskach. – rozgadał się portier.
– Dobra, dobra, będzie załatwione, ale co z tym alkoholem? – zapytał zniecierpliwiony Woźny.
– W czasie Kowida zbieraliśmy do butelek po wodzie mineralnej ten płyn do dezynfekcji, a palacz w wolnej chwili dokonywał rafinacji w kierunku czegoś strawnego dla przeciętnego organizmu. Dodawał potem do tego goździków i cynamonu. Bardzo polubiliśmy ten napój! – powiedział portier.
– Daj pan dwie butelki – poprosił Woźny. Dwa razy po 1,5 litra. Jedna dla transportowca, druga dla mnie. Jak go odprawię to sam spróbuję. I sprawdzę czy wy mi tutaj jakiejś trucizny nie przyrządzacie.
Portier odwrócił się, poszedł w kierunku szafki z laptopami i wyłuskał z niej dwie butelki po Cisowiance. – Niech służy, będziesz pan zadowolony – powiedział wręczając je Woźnemu.
– Masz pan – rzekł Woźny wręczając butelkę transportowcowi, który jednak nie wyłączył diesla na czas oczekiwania na napiwek – niech panu służy – powiedział.
– Wypiję po drodze na bazę, dziś psy są nieaktywne, nie ma kontroli. Będzie się lepiej jechało, tak mniej monotonnie – powiedział wyraźnie zadowolony odkręcając nakrętkę – Oooo – goździkowo-cynamonówka, takiej jeszcze w życiu nie spożywałem.
Prezent dla Rektora stał nierozpakowany przed wejściem na uczelnię. Woźny zawezwał pracowników technicznych, żeby go odpakowali. Ci za pomocą noża pożyczonego w stołówce przecięli opakowanie i oczom wszystkich objawił się helikopter w kolorze różowym. Ale taki mniejszy od tych większych, wręcz miniaturowy, jednoosobowy.
Woźny odprawił dobermana do kotłowni i zadzwonił do Rektora, który dowiedziawszy się, że otrzymał prezent, postanowił przyjechać do pół godziny. W tym czasie Woźny dokonał oględzin helikoptera, wraz z portierem, od którego już czuć było upojną goździkowo-cynamonowa woń alkoholu.
– A gdzie tu jest wlew paliwa? – zapytał portier, który w wojsku, w ramach zasadniczej służby wojskowej w latach 70. miał do czynienia ze śmigłowcami.
– On to raczej elektryczny jest – odparł Woźny wskazując na pojemnik na baterie.
Otworzyli go wspólnie i ustalili, że do uruchomienia helikoptera potrzebnych jest 500 baterii AA i do tego 50 baterii R9. Obydwaj poszli na pobliski Cepeen i zakupili baterie, a następnie umieścili je w odpowiednim miejscu w helikopterze. Woźny, ponieważ był wyżej w hierarchii, wszedł do helikoptera i dokonał próbnego rozruchu. W tym czasie portier schylając się, żeby nie oberwać śmigłem, obserwował proces aktywacji nagrody dla Rektora. Następnie Woźny kilkakrotnie przeleciał nad kampusem i były to najszczęśliwsze dni w jego życiu, odkąd od rodziców w 1979 roku dostał kolejkę elektryczną produkcji enerdowskiej (dla młodzieży: Niemiecka Republika Demokratyczna, dupa nie państwo).
W tym czasie Fiatem 125p przyjechał Rektor wraz z kierowcą, który miał założone białe skarpety do czarnych spodni. Rektor lubił bowiem tylko te samochody, które kojarzyły mu się z dzieciństwem. Efektem tego wszyscy podlegli mu pracownicy, zwłaszcza funkcyjni mieli po dwa samochody. Jeden taki bardziej nowoczesny, do wyjazdu na miasto i poza miasto i drugi przeznaczony do przyjeżdżania do pracy. Dominowały małe Fiaty 126p., Trabanty, Wartburgi, Škody 102, w ostateczności – ale to tylko dla dziekanów Fiaty 125p, ale koniecznie starsze i bardziej zaniedbane od samochodu służbowego Rektora.
Rektor wielokrotnie jednak podkreślał, że nie ma konieczności, aby podlegli mu pracownicy jeździli niższej klasy samochodami, zaznaczając, że wybór Fiata 125p jest podyktowany wspomnieniami z dzieciństwa a nie żądzą podkreślenia swojej władzy. Ale i tak pracownicy woleli przyjeżdżać na uniwersytet byle jakimi autami, względnie komunikacją miejską lub pieszo niż narażać się nawet nie samemu Rektorowi, lecz innym współpracownikom. Pewnego razy na uczelnię przyjechał jeden prawnik najnowszym modelem Poloneza. I już nie pracuje. Sam podał się do dymisji rozumiejąc niestosowność swojego zachowania.
Rektor obejrzał dokładnie helikopter będący prezentem dla niego ze strony Ministra Nieuki, po czym zwrócił się do Woźnego:
– A gdzie tu jest miejsce dla pasażera, znaczy dla mnie, bo dla kierowcy jest, ale gdzie dla mnie? – zapytał lekko zadziwiony.
– Wasza Magnificencjo, tu jest pewien problem, bo to jest helikopter jednoosobowy.
– Szkoda, bo bym sobie polatał. Nigdy nie widziałem naszego uniwersytetu z lotu ptaka. Ehhh… Te nietrafione prezenty – westchnął Rektor i krzyknął w kierunku swojego kierowcy Fiata 125p – chodź no tu.
Kierowca podbiegł natychmiast.
– Teraz polatasz sobie nad uczelnią, opowiesz mi potem możliwie jak najbardziej literacko, jak to wszystko wygląda z góry, a ja tym czasem pojeżdżę sobie Fiatem 125p i poczuję zapach dzieciństwa.
– Ale ja nigdy czymś takim nie latałem – powiedział wyraźnie wystraszony kierowca Rektora. Ja zawsze tylko autami.
– Jak Woźny dał radę, to ty też. Poproś go zresztą, żeby cię poinstruował, on ci wszystko wytłumaczy – powiedział Rektor i odpaliwszy silnik udał się w kierunku Kaczyc, gdzie przed 30 latami zamknięto kopalnię.
Zostaw komentarz