Tocząca się od pewnego czasu „dyskusja” (a raczej naparzanka) na tematy:

(a) rzekomego wykształcenia (np. Kotula),

(b) de facto wyłudzania stopnia doktora na podstawie pracy, która się nie broni nawet jako licencjat (np. Myrcha),

(c) prób kupowania sobie dyplomów, wśród tzw. klasy politycznej (a raczej pajaców politycznych) (np. Hołownia),

świadczy dobitnie o co najmniej dwóch rzeczach:

1. O delikatnie mówiąc nieuczciwości polityków, która wydaje się być powszechna, bo o wielu innych przekrętach „naukowych” jeszcze nie wiemy. Wystarczyłoby zrobić przegląd „karier” naukowych poszczególnych polityków, żeby dowiedzieć się, że obecne afery to czubek góry lodowej. Począwszy od „magistra” Aleksandra Kwaśniewskiego.

2. O skali degeneracji tzw. szkolnictwa wyższego (a raczej szkodnictwa wyższego) w Polsce. Część tzw. kadry naukowej z etosem akademickim ma tyle wspólnego co koń z koniakiem.

P.S. W normalnym kraju pani Kotula miałaby już za swój wyczyn zarzuty prokuratorskie i za jakiś czas siedziałaby już w celi więziennej. Ale ponieważ żyjemy w POlandii, to sprawa przyschnie jak tylko wybuchnie nowa afera.