No dobra.

Co właściwie oznacza owe 500 wyrzutni HIMARS, które chciałby kupić od Amerykanów minister Błaszczak?

Nie będę teraz w ogóle zajmował się tym, czy takie plany są w ogóle realistyczne i czy Polska ma na te rakiety środki finansowe, czy Amerykanie mają moce wytwórcze, ale raczej, co taka skala zamówienia mówi o postrzeganiu przez Polskę sytuacji wojennej na Ukrainie oraz tym, jak Polska widzi potencjalny (moim zdaniem – nieuchronny) konflikt wojenny z Rosją.

Więc skracając maksymalnie długą historię, chodzi o to, aby de facto postawić Rosjan w sytuacji bezalternatywnej: atak atomowy, albo wielkie straty własne.

Jeśli bowiem wspomniane 500 wyrzutni miałoby być prawidłowo zaopatrzone w efektory (pojedyncze rakiety), to mówimy tu o potencjale rzędu 15 000 rakiet (liczę, zgodnie z wytycznymi producenta, jeden zestaw 6 rakiet załadowany na wyrzutnię oraz towarzyszący jej wóz amunicyjny z przyczepą, czyli cztery zapasowe zasobniki z 6-cioma pociskami).

Taki potencjał – biorąc pod uwagę 300 km zasięg amunicji – wyklucza możliwość zaatakowania Polski bez uprzedniego zniszczenia tego nośnika. Zakładając sensowną dyslokację oraz prawidłowo przeprowadzane relokacje wyrzutni w okresach podwyższonej gotowości tak, aby utrudnić przeciwnikowi ich namierzenie i zniszczenie w pierwszych godzinach konfliktu – wraz z lotnictwem i nowoczesną artylerią stanowi to prawdziwy „game changer”, którego przezwyciężenie wymagałoby użycia (taktycznej) broni jądrowej przez Rosję.

Ponieważ Rosjanie ZAWSZE działania defensywne po stronie państw NATO interpretują jako działania ofensywne – należy spodziewać się z ich strony asymetrycznej reakcji.

Prawdopodobnie to będzie przedmiotem rozważań w USA przed podjęciem decyzji o zgodzie na przyjęcie tego kontraktu.

Czytaj więcej.

Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.