Prawie sześćdziesiąt lat temu mój ojciec wraz z grupą przyjaciół założył Spółdzielnię Mieszkaniową w Wyrzysku. Zaczynała skromnie, od budynku przy ul. Grunwaldzkiej. Dziś są ich trzydzieści cztery, w Wysokiej, Łobżenicy i moim mieście rodzinnym.
Do napisanie tego tekstu zainspirował mnie znajomy z Wyrzyska, który mi przekazał, że na sześćdziesiątą rocznicę SM, jej prezes chce jakoś uczcić Tatę, jako założyciela. A myślałem, że się tego nie doczekam bo przy wcześniejszych jubileuszach nikt o nim nie pamiętał zarówno z władz spółdzielni jak i włodarzy miasta. A to jego inicjatywie, uporowi, ciężkiej pracy i poświęceniu miasto zawdzięcza tyle mieszkań.
Chwała więc za to, że obecny prezes sobie o Tacie przypomniał. Lepiej późno, jak wcale.
Początki
Do założenia spółdzielni skłoniły tatę fatalne warunki w jakich my sami jak i wielu wyrzyszczan gnieździło się w latach 70. Budynki przy ulicy Kościuszki, ale nie tylko, nie miały centralnego ogrzewania, ciepłej wody, a ich standard był fatalny.
My mieszaliśmy na mansardzie, w której latem było gorąco jak w piekle, ale zimą, szron osadzał się na ścianach wewnętrznych. Miałem wtedy 9 lat więc niewiele pamiętam szczegółów. Jednie to, że ciągle nie było go w domu bo biegał załatwiać sprawy formalne związane z powstaniem spółdzielni.
Potem nie było łatwiej.
Pierwszy budynek
Pierwszym budynkiem był ten, w którym zamieszkaliśmy, przy ulicy Grunwaldzkiej sześć wraz z kotłownią. Nie jest to może architektoniczny cud świata, ale gwarantował pierwszym mieszkańcom godziwe warunki życia, z wysokim jak na owe czasy, standardem. Pokoje były widne, jasne i stosunkowo duże. No i było ciepło w kaloryferach. Do dyspozycji mieszkańców oddano też garaże, których dziś jest ponad setka. Za domem, z czasem, powstał plac zabaw dla dzieci.
Budowa pierwszego ciągnęła się długo i zawsze coś było nie tak na budowie. Ojca prawie w domu nie było bo doglądał budowy. Użerał się z wykonawcami czy o materiały budowlane, o które nie było łatwo. Zwłaszcza cement.
Potem doszły kolejne. Nie tylko w Wyrzysku.
Praca prezesa
Ojciec nie zarządzał spółdzielnią zza biurka, ale musiał codzienne obkolędować „swoje włości” jak mawiał.
Bywał w kotłowni, na placach budowy kolejnych budynków, rozmawiał z lokatorami.
W ostre zimy patrzył z niepokojem przez okno na malejące zapasy węgla, na palcu przed kotłownią. Zwłaszcza wtedy, kiedy już zaczął być towarem deficytowym. Gdzie go załatwiał, tego nie wiem, ale czasami nowy pojawiał się wtedy, kiedy za starym było już „krótko”.
Jednego roku przyszedł w święta Wielkiej Nocy i trzeba go było natychmiast rozładować w Osieku by nie płacić placowego. Nie było chętnych do rozładunku, boć to święta, więc z palaczem, panem Stańczykiem, w dwóch rozładowaliśmy ponad pięćdziesiąt ton. Po kąpieli wziętej po pracy woda w wannie była czarna i trzeba ją było myć z pyłu węglowego, kilkukrotnie. Ale udało się.
W każdy Dzień Dziecka spółdzielnia urządzała piknik dla dzieciaków. Były zabawy, mnóstwo słodyczy i konkursy z nagrodami.
Ci co znali Tatę wiedzą, że był bardzo bezpośredni. Z każdym lokatorem musiał się przywitać, zamienić choć kilka słów. Niekiedy wysłuchać skarg lub próśb. Mówiliśmy w domu, że ojciec ma dwa miejsca pracy, biuro spółdzielni i ulicę.
Gdy odszedł na emeryturę bardzo przeżył rozstanie z pracą w spółdzielni. Swoim dzieckiem. Gdy już był bardzo chory, godzinami mógł patrzeć przez okno ze swojego pokoju, na kotłownię, plac przed domem, inne budynki spółdzielni.
Bardzo się cieszę, że nowy prezes spółdzielni przypomniał sobie o tym, bez którego by jej nie było. O Franciszku Styrczuli. Mym Ojcu.
Na zdjęciu: Rodzina impreza, obok ojca, mama
Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl
Zostaw komentarz