Podniesiony w poprzednim tekście (czytaj tutaj) problem ujawnienia zmontowanych przez Obamę i Clintonów kompromatów, które miały zatopić D. Trumpa, zbiegł się ze znaczącym przesileniem społeczno – gospodarczym w USA. Ogólnie rzecz ujmując, następuje już moment brutalnej konfrontacji „dziedzictwa” rządów jaśnie oświeconej neobolszewickiej elity „demokratycznej” z osiągnięciami półrocza rządów nowego prezydenta. Istotną okolicznością pozostaje fakt, że już na etapie kampanii wyborczej, wielu wyborców podejmowało swoje decyzje w oparciu o taką właśnie konfrontację czterolecia Bidena, z pierwszym czteroleciem Trumpa. Wynik wyborów był właśnie znakomitym wskaźnikiem, jakie już wtedy były te oceny.

Warto się temu przyjrzeć w kontekście doświadczeń polskich, bowiem te obserwacje i wynikające z nich wnioski, powinny być istotnym elementem uwzględnianym w strategi działania zarówno prezydenta Nawrockiego, jak również związanych z nim, aspirujących do przejęcia władzy sił politycznych.

Trzeba dodać, że minione pół roku upłynęło w USA oczywiście pod znakiem zmasowanych prób ponownej delegitymizacji Trumpa. Rozwścieczone lewactwo, posługiwało się podobnymi metodami kłamstwa, dezinformacji i totalnej manipulacji jak przez minione lata. Okazało się jednak, że przynajmniej w dwóch elementach doznało rozstrzygającej klęski. Po pierwsze, poza rozhisteryzowanym betonem, łykającym każdy idiotyzm jak narkotyczne pigułki, „mądrości” wygłaszane na temat Trumpa nie robią już wrażenia. Większość Amerykanów traktuje wymioty wydobywające się rozwścieczonych gęb „autorytetów”, z całkowitą obojętnością. Po drugie, część mainstreamu zrozumiała, że ten stan obłędu reprezentowany przez „elity” chowu Clintonów i Obamów, godzi w ich własne interesy. Nie tylko dlatego, że przygrywając z Trumpem pierwsze procesy, muszą bulić miliony dolarów. Głównie dlatego, że odwracają się od nich ich konsumenci (widzowie, czytelnicy), a to powoduje znacznie większy upływ kasy z reklam.
Dowodem tego jest w ostatnich dniach afera wokół reklamy dżinsów American Eagle, która okazała całkowitą klęskę lewackiego sposobu myślenia. Skądinąd próba zaszczucia firmy, jej reklamy, a w pakiecie Bogu ducha winnej S. Sweeney pokazała, jak w ciągu kilku miesięcy dokonał się w Ameryce gigantyczny przełom społeczny. Jeszcze rok temu, nikt nawet nie pomyślałby o tym, żeby podobną reklamę stworzyć. A gdyby już nawet powstała i jakieś szaleniec zdecydowałby się ją emitować, to cały establishment zaorałby każdego, na kogo spadłby choć cień współudziału w takim dziele, druzgocący ostracyzm. Dzisiaj niemal powszechnie następuje otrzeźwienie, którego istotą jest próba odpowiedzenia sobie na pytanie – dlaczego przez ostatnie lata jakieś bandy zdegenerowanych neobolszewickich cwaniaków, robiły z nas Amerykanów idiotów, a z naszego kraju poligon cyrkowych, patologicznych i dewiacyjnych pomysłów.
Innym symptomem tego zjawiska jest malejący skowyt „elit uniwersyteckich”, które swoje własne zaczadzenie neomarksizmem, ba – neobolszewizmem – suflowały jako obowiązujący model dzisiejszego świata z żarem i zapałem, porównywalnym jedynie z niegdysiejszą determinacją tow. Stalina i jego kamratów. Wystarczyło jednak przyciąć im fundusze federalne, a do tego wprowadzić restrykcje wizowe na przyjmowanie na studia band ekstremistów i wręcz terrorystów, aby zaczęli trzeźwieć. Jasne, proces ten potrwa, ale przynajmniej ci, którzy promowali różne bzdury z uniwersyteckich katedr nie dla idei ale dla pieniędzy, już zaczynają chodzić po gruncie.

Co również ciekawe, próby uderzania w Trumpa oparte były w znacznym stopniu na totalnym dezawuowaniu jego działań podjętych w obszarze polityki międzynarodowej oraz polityki handlowej. Tu Amerykanie szybko pojęli, że ci których sukcesem była „ewakuacja” z Kabulu i setki miliardów deficytu handlowego rocznie, gotowi są na ołtarzu walki z Trumpem jeszcze bardziej pogrążać swój kraj i jego interesy.
Trump rzeczywiście potrząsnął światem przez ostatnie pół roku, ale już tylko ślepi frustraci mogą kwestionować jego osiągnięcia. W polityce bezpieczeństwa wyrazem tego co się stało, był szczyt NATO w Holandii, podczas którego europejscy „przywódcy” na wyścigi składali Trumpowi wiernopoddańcze hołdy. Dziś już mało kto mówi o „europejskiej samodzielności”, a w ostatnich dniach np. Niemcy – gdy dotarło do nich że Amerykanie mogą zredukować swoją obecność wojskową u nich – skamlają o pozostawienie (jak najdłużej) ich sił w swoim kraju.
Szczytem demonstracji (czyli jak to się uczenie mówi – projekcji siły), była europejska kapitulacja w zakresie polityki handlowej. Ale Trump rzucił na kolana nie tylko Europę – również Chiny już odczuwają skutki jego twardej gry i są coraz bardziej skłonne do „szybkiego porozumienia handlowego” :-).
Wszystkie brednie o osłabieniu NATO, „wycofaniu się Amerykanów” nie bardzo wiadomo z czego i podobne opowiastki krajowych i europejskich „ekspertów”, właśnie kaskadowa lądują w śmietnikach historii. Jasne – niektórzy próbują hamletyzować wokół sytuacji wojennej na Ukrainie, suponując „niezdolność Trumpa” do zakończenia tej konfrontacji. Za chwilę jednak przekonają się, że rosyjskie napinanie mięśni dobrnęło końca, a skutki tego dla Rosji będą katastrofalne.

Obserwacja tych kilku elementów (jest jednak tego o wiele więcej) prowadzi Amerykanów do wniosku, że czas akceptacji dla neobolszewizmu minął. Dowodem tego są historycznie katastrofalne notowania Partii Demokratycznej. Jest to niezwykle ważne w kontekście przyszłorocznych wyborów kongresowych, które właściwie otworzą walkę o prezydenturę w 2028 roku. Na ten moment można powiedzieć, że tylko kataklizm mógłby wyrwać zwycięstwo dla J. D. Vance’a oraz kontrolę Kongresu przez GOP. A ponieważ gospodarka amerykańska dynamicznie wkracza na ścieżkę długotrwałego wzrostu, scenariusz ten wydaje się być niemal pewny.

Dla świata i – zwłaszcza – dla Polski, to najlepszy z możliwych scenariuszy.

Autor: prof. Grzegorz Górski
Polski prawnik, nauczyciel akademicki, adwokat, polityk, samorządowiec, doktor habilitowany nauk prawnych, profesor nadzwyczajny Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, od 2011 do 2014 sędzia Trybunału Stanu. Więcej na stronie autorskiej: grzegorzgorski.pl