Wojna USA z Iranem, a wcześniej tzw. kryzys grenlandzki doprowadziły niewątpliwie do największego kryzysu wewnętrznego w NATO w jego historii. W jakimś sensie zmusza to dzisiaj wszystkich jego członków do zadawania pytań o sens sojuszu w takim jak obecnie kształcie i trwania w nim, albo sposobu dalszej obecności. Od tych pytań nie uciekniemy. Naiwna jest wiara w to, że ten problem/kryzys jest wyłącznie wynikiem cech osobistych D. Trumpa i wraz z nim przeminie (choć to naprawdę zbyt odległa perspektywa, żeby ją
poważnie brać pod uwagę).
Zastanówmy się co takiego się wydarzyło w ostatnich tygodniach?
1. Pierwszy strestest to problem Grenlandii. Przypomnieć trzeba, że z perspektywy USA, wobec gwałtownego zmilitaryzowania północnej Syberii i Arktyki przez Rosję, obszar tej wyspy stał się najsłabszym ogniwem w systemie ich obrony. Z jednej strony chodzi tu o tzw. obronę przeciwrakietową, z drugiej zaś skuteczność kontroli tzw. GIUK Gap (czyli praktycznie jedynego wyjścia z Oceanu Arktycznego). Jest to krytyczny punkt strategiczny (porównywalny ze znaczeniem historycznego Fulda GAP, a teraz Suwałki Gap). USA zachowują tam kontrolę przejścia dzięki obecności w Norwegii, w Wielkiej Brytanii i Islandii. Jednak wskutek polityki lewackich rządów duńskich w ostatnich latach, osłabiła się ochrona przejścia pomiędzy Islandią i Grenlandią.
I tak – TO NIE JEST FANABERIA D. TRUMPA – sytuacja Grenlandii, to dzisiaj najżywotniejszy problem dla obrony Ameryki., ale również bezpieczeństwa Sojuszu. Dochodzi tu też problem taki, że Trumpowi dosłownie w ostatniej chwili udało się zablokować olbrzymią transakcję nabycia przez Chińczyków (wspieranych przez neobolszewików z Kopenhagi i z grenlandzkiego „rządu” obszarów z olbrzymimi zasobami rzadkich metali). Wróg nie tylko instalował się już w bezpośrednim sąsiedztwie USA, ale jeszcze znalazł sposób na finansowanie swoich wrogich działań i operacji zasobami wyspy.
„Europejska solidarność” w obronie kolonializmu – bo przecież ci doświadczeni w kolonialnej eksploatacji „liderzy” strzegą tu wprost resztek kolonialnego „imperium” duńskiego – całkowicie negliżująca interesy obrony swojego sojusznika, do tego poparta demonstracyjnymi atakami na prezydenta USA i potrzeby jego kraju, to coś więcej niż wyraz tępoty. To właśnie oni zadali pierwszy, ciężki cios podstawowej zasadzie konstytuującej NATO. I to w sytuacji, kiedy pierwszy raz dotyczyło to potrzeb sojusznika, na którego barkach ciąży 95% skuteczności całego sojuszu.
Oczywiście Amerykanie z problemem Grenlandii i ochrony GIUK Gap sobie poradzą. Europejscy frustraci stracili jednak okazję do tego, żeby przynajmniej siedzieć cicho. Zaufanie zostało jednak złamane, a to przecież była podstawa sojuszu.
2. Sprawa druga wiąże się z operacją irańską. Skracając istotę problemu do relacji USA – NATO podkreślić trzeba, iż europejscy „sojusznicy” i Kanada, w pierwszym rzędzie mieli za złe, że Trump nie uprzedził ich o operacji. Rzecz jasna było to działanie ze strony USA świadome. Istotą tego działania było bowiem wyeliminowanie irańskiego przywództwa w określony sposób, w określonym miejscu i określonym czasie. Była to jedyna, unikalna chwila, aby takie zadanie wykonać. Nie trzeba jak sądzę tracić czasu na tłumaczenie, jaki byłby efekt „uzgodnień z sojusznikami” w tym zakresie. Można przyjąć że taki Macron czy Sanchez, jeszcze przed zakończeniem rozmowy z Trumpem, już napisaliby sms-a do swoich irańskich „partnerów”, żeby co sił w nogach zmieniali miejsce swojego położenia i harmonogramy zajęć.
Jednak w wyrazie swojej frustracji – że nie zdołali ochronić swoich kumpli w Teheranie – postanowili odegrać się na sojuszniku i zablokowali mu możliwość korzystania z jego baz, ograniczając przejściowo sprawność logistyki. Podobne utrudnienia wprowadził clown z Londynu, chociaż w końcu zrozumiał, jak intensywnie piłuje gałąź na której wisi rozwalane przez niego niegdysiejsze imperium.
Tym realnym ruchom, towarzyszyły składane na wyścigi oświadczenia, że „to nie nasza wojna”. Kiedy jednak pojawił się problem z bezprawnymi działaniami Iranu w Zatoce, który bezpośrednio wpłynął już na ich sytuację wydawało im się, że „Daddy” z Waszyngtonu – jak na niego nakrzyczą, to załatwi problem. Nie byli nawet w stanie zdiagnozować, komu ta sytuacja szkodzi, a kto wyciąga z niej korzyści )o tym pisałem w poprzednim tekście). Kiedy wreszcie „Daddy” zakomunikował, że muszą się wysilić, to skompromitowany angielski rząd zebrał on-line 40-tu interesariuszy. I co? Pogadali, wyrazili oburzenie i ustalili, ze wrócą do sprawy, jak problem załatwi „Daddy”.
To oczywiście nic dziwnego. Znamy te „ustalenia” w temacie „pomocy dla Ukrainy”. Okazuje się jednak, że nawet w sytuacji gdy za chwilę przestaną im latać samoloty (bo brakuje europejskim liniom lotniczym paliwa lotniczego), a kryzys i inflacja walą łomem w drzwi, oni są w stanie jedynie pokonferować i rytualnie dać wyraz niezadowolenia z polityki USA.
Co jeszcze ciekawsze, najtęższy umysł tej operacji niemiecki kanclerz Merz „uroczyście oświadczył”, że oni wspólnie „zaopiekują się cieśniną”, ale jak Amerykanie zawrą pokój z Iranem.
3. Jesteśmy po spotkaniu innego geniusza – M. Rutte – z D. Trumpem. Rutte pojechał „łagodzić” nastrój D. Trumpa, który podjął już działania związane z rewizją amerykańskiego stosunku do NATO. Rutte za sukces uznał, że Trump nie powiedział, iż USA wystąpią z NATO. I że wpłynie na „sojuszników”, aby ci – gdy Amerykanie zgłoszą jakie mają potrzeby, mogli się do tych potrzeb odnieść.
Powiedzieć, że ci ludzie nic nie rozumieją, to nie powiedzieć nic. Jak brzytwy trzymają się nadziei, że przecież żeby USA wystąpiły z NATO, to zgodę musi wyrazić Kongres – a tam nie będzie większości. Ręce wprost opadają.
4. W USA intensywnie rozpoczęto już bowiem prace nad rekonstrukcją ich obecności w NATO. D. Trump i jego współpracownicy (a popiera to znaczna część Demokratów, którzy rozumieją skutki wiarołomności Europejczyków) powiedzieli to otwartym tekstem i zarysowali scenariusz. USA przechodzi na model bilateralnych relacji militarnych (być może sui generis mini-NATO w zestawie kilku sojuszników). USA w najbliższej przyszłości nie będą aktywnie kształtować działań NATO, co więcej pokażą, na czym polega jednomyślność w NATO w ich wydaniu. Europejscy kretyni (bo trudno ich inaczej nazwać) przekonają się boleśnie, komu naprawdę NATO jest potrzebne i co można zrobić z NATO bez zgody i bez udziału USA.
USA nie zrezygnują oczywiście z obecności w Europie. Pozostaną częścią swoich sił w Niemczech i to z dwóch powodów. Bo tam mają swoje główne centra logistyczne, a po drugie dlatego, że ich wojska są tam (de facto jako ciągle wojska okupacyjne) na podstawie narzuconego Republice Federalnej dwustronnego (w istocie jednostronnego) układu. Niemcy zostaną sprowadzone do pozycji quasi-protektoralnej, a część wojsk amerykańskich będzie przerzucona do Polski (o ile oczywiście nasz „lidership” na polecenie niemieckie nie zdoła tego zablokować).
Dla Niemiec będzie to katastrofa. Bezpośrednia dla kraju Nadrenia-Palatynat, gdzie obecność amerykańska jest podstawą ekonomiki i dobrobytu (już poprzednie plany ograniczenia obecności amerykańskiej w tym regionie, wywoływały paniczne błagania nienawidzących Amerykanów Niemców, o to by nie daj Boże niszczyli ekonomicznie ich kraju związkowego). Pośrednio nastąpią dalsze, ciężkie uderzenia w niemieckie interesy, co jeszcze bardzie pogrąży ekonomicznie ten kraj.
Hiszpania zapłaci likwidacją bazy amerykańskiej (z podobnymi skutkami bezpośrednimi i pośrednimi), a stamtąd Amerykanie wyniosą się do pobliskiego Maroka. Tam ich nowoczesna baza pozwoli im również skuteczniej kształtować ich obecność w Afryce Północnej i Zachodniej, a jej parametry nawet lepiej będą służyć obsłudze ich logistyki na Bliskim Wschodzie.
Takich ruchów będzie zresztą znacznie więcej. One już są – choćby wycofanie brygady z Rumunii, choć zapewne w to miejsce przeniesiona zostanie część oddziałów z Niemiec (o ile władze rumuńskie nie pójdą w naśladowanie Tuska).
5. Warto też zwrócić uwagę na fakt, ile owi „europejscy geniusze” zdołali zrobić w tzw. międzyczasie, gdy Amerykanie skoncentrowali się na Iranie – dla Ukrainy. Słychać jedynie tradycyjne żale – jak on mógł zająć się Iranem, dlaczego nie wspiera Ukrainy. Ci, którzy mają jeszcze jakiekolwiek złudzenia co do tego, co można otrzymać z „Europy” zamiast amerykańskiego wsparcia, niech lepiej szybko odrobią tę lekcję.
Amerykanie istotnie wzmocnią siłami relokowanymi z krajów „sojuszniczych” Starej Europy, wschodnią flankę – Polskę, Rumunię, kraje bałtyckie. To będzie realna odpowiedź na potencjalne rosyjskie marzenia o dalszych agresjach. To będzie także zabezpieczenie Ukrainy (albo jej części). O ile uda się gambit białoruski, sprawa Ukrainy stanie się w ogóle drugorzędna, a otworzy to także już wprost kwestie rozwiązania „królewieckiego wyrostka robaczkowego”.
6. Polska stoi wobec zupełnie nowych wyzwań. Trwanie w swoich nadziejach w NATO, które w perspektywie kolejnych lat będzie coraz bardziej sparaliżowane wewnętrznie, wiedzie nas na manowce. Dwustronny sojusz z USA, uczyni z nas fundament europejskiej polityki na dziesięciolecia. Stoimy wobec wyboru, który na nowo zdefiniuje nie tylko nasze miejsce w Europie, ale również do końca zdefiniuje kto w polskiej polityce jakim interesom służy.
Wybór sojuszu militarnego z USA, to jest nie tylko kwestia utwierdzenia jedynej na wiele lat, stabilnej perspektywy naszego bezpieczeństwa. To także kwestia naszej przyszłości gospodarczej. Stoimy bowiem w obliczu fundamentalnej zmiany także w tym obszarze. Wybór jakiego również tu dokonamy zdefiniuje nasze miejsce na kolejne dekady. O tym wyborze między skansenem a kosmosem, w następnej części.
Autor: prof. Grzegorz Górski
Polski prawnik, nauczyciel akademicki, adwokat, polityk, samorządowiec, doktor habilitowany nauk prawnych, profesor nadzwyczajny Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, od 2011 do 2014 sędzia Trybunału Stanu. Więcej na stronie autorskiej: grzegorzgorski.pl
Szanowny Panie Górski, Bardzo dziekuje za wyjasnienie problemu Grenlandii. Pisze Pan znakomicie. Dziekuje i pozdrawiam serdecznie. stevek