Czyli brak Pileckiego, Inki i wiedzy o fotosyntezie w podstawach programowych proponowanych przez zespoły minister Nowackiej. 

Dlaczego minister Nowackiej przeszkadzają Pilecki, Inka czy inni polscy bohaterowie, to wiem. Oczywiście do złamania kręgosłupa patriotycznego polskim absolwentom każdej ze szkół. Powinni jeszcze jakąś legendę wymyślić dotyczącą powstania flagi Unii Europejskiej, na wzór tej o Lechu, Czechu i Rusie, bo ta legenda o polskim godle za bardzo jest „nacjonalistyczna’ (w ich rozumieniu przez to ksenofobiczna i zła) oraz zbyt mocno kształtuje polski charakter narodowy w młodych uczniach. Przecież ten orzeł, wzlatujący do nieba, za bardzo budzi poczucie dumy narodowej.

Ale z legendą o godle i symbolach Unii Europejskiej jest problem, bo gdyby wziąć pod uwagę okoliczności powstania projektu flagi europejskiej, to trzeba byłoby wspomnieć o tym, że „8 grudnia 1955 roku, w dniu święta Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, Komitet Ministrów Rady Europy wybrał projekt flagi europejskiej za jej oficjalny symbol”. Odniesienie religijne tego faktu są tym jeszcze bardziej ewidentne, gdy wie się, że najpierw planowano spotkanie w tej sprawie na 9 grudnia 1955 roku, ale zdecydowano, że ze względu ma motywy ideowe łączenia się państw europejskich, decyzja o wyborze projektu flagi Rady Europy, musi być podjęta  w dniu święta Niepokalanego Poczęcia Maryi Panny.

No i tego nijak się nie da teraz powiązać z coraz bardziej ideologicznie lewicującą Unią Europejską. I nie da się na tej bazie wymyślić lewackiej legendy wzmacniającej zapamiętanie i utożsamianie się z Unią Europejską. Inna sprawa, że ja osobiście nigdy nie słyszałem, by nauczyciele o tych faktycznych okolicznościach powstania flagi UE mówili na lekcjach. Skupiają się na świeckim ich charakterze, tak jak w przypadku okoliczności chrztu Mieszka I. 

Ale wpis o Pileckim, Ince i symbolach tożsamościowych Polski i UE jest tylko takim trochę długim wstępem do wyrażenia opinii o planowanych zmianach w podstawach programowych do nauczania w szkole podstawowej i ponadpodstawowej.

Szczerze, to nie wiem jak zatrzymać absurdalne zmiany w podstawach programowych proponowane przez zespoły przedmiotowe Nowackiej. To jest takie mechaniczne cięcie podstawowych treści nauczania. Oczywiście widać za tym jakiś zamysł. Ten, o którym wszyscy wspominają to ogłupienie polskiego młodego pokolenia. I tu przypomina mi się słynna historia o carze rosyjskim, który nie wiedział jak poradzić sobie z „tymi” Polakami ciągle domagającymi się niepodległości i podejmującymi powstania. Wtedy jeden z jego gorliwych urzędników, rusyfikatorów Polaków, poddał mu pomysł: „ogłupmy ich do poziomu naszego rosyjskiego społeczeństwa”. W XIX wieku to się nie udało, bo przeciw temu zaprotestowali Polacy tworząc tajne nauczanie, tajne komplety, a na wsiach chłopi zaczęli budować szkoły i utrzymywać nauczycieli.

Teraz tylko trzeba zapytać komu służy minister Nowacka, bo przecież rosyjskiego/sowieckiego okupanta już nie ma, przynajmniej oficjalnie?

Najgorsze jest to, że zawsze uważałem, iż zdecydowana większość polskich nauczycieli pracuje jednak z pobudek misyjnych. Dowodem na to było godzenie się przez nich na głodowe pensje. Ta ich misyjność wyrażała się w trosce o jakość kształcenia. Teraz nie widać tego. Jakoś ze środowiska nauczycielskiego, choćby firmowanego przez związki zawodowe, a w zasadzie przez jeden związek –„Solidarność”, nie płyną żadne protesty przeciw planowanym, a jak się ich nie zablokuje, wdrażanym zmianom.

Niektórzy pomyślą sobie, że się wymądrzam i krytykuję. Owszem krytykuję, ale nie mam monopolu na trafność pomysłów. Uważając, że szkoła powinna być zmieniona, dydaktycznie unowocześniona, a ilość treści utrzymana, ze względu na to, że coraz więcej o świecie wiemy i tę wiedzę powinni uczniowie posiąść, to jednak trzeba pewne treści ograniczyć do niezbędnych, a resztę sprofilować. Ale sprofilować wieloaspektowo. I tu pojawia się problem pieniędzy, bo ilość tych profili musi wygenerować koszty funkcjonowania szkoły. Bo albo pójdziemy w gettyzację i elitaryzację edukacji, albo w nauczanie powszechne. Jestem za tym drugim, Ale to zwiększa koszty funkcjonowania szkół. Ale państwo polskie powinno się z tym liczyć. Bo w przeciwnym razie będzie tylko szkolić zbieraczy szparagów w Niemczech, bo tam się tego robić nie chce przybywającym do Niemiec przybyszom z Afryki. 

Ale warunkiem powszechności edukacji jest też jej taki podstawowy poziom merytoryczny, z którego nie można usunąć ani Inki, ani Pileckiego, ani też fotosyntezy.

Autor: dr hab. Józef Brynkus, prof. UP Kraków
Pracownik Katedry Edukacji Historycznej Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Pochodzi z rodu górali podhalańskich i orawskich. Polski historyk i nauczyciel akademicki, profesor UP Kraków, poseł na Sejm VIII kadencji.