Odkąd miałem bodaj 5 lat do ok. 18 roku życia jeździłem z siostrą i rodzicami na wakacje do Białego Boru. Początkowo nocowaliśmy pod namiotami lub w domkach campingowych. Zwłaszcza jednak pod namiotami. Taki wyjazd trwał prawie… dwa miesiące (rodzice byli nauczycielami). Mieliśmy taki wielki, okrutnie ciężki namiot koloru granatowo-pomarańczowego. W pierwszych dniach należało zbudować palenisko, na którym gotowało się jedzenie. Właściwie paliło się w nim non stop przez dwa miesiące, bo nie opłacało się go wygaszać. Chodziliśmy z siostrą do lasu po chrust, Tato organizował drewno, mama gotowała. Jak jaskiniowcy. Byliśmy z siostrą strasznie okopceni i usmoleni.

Kąpaliśmy się i myliśmy naczynia w jeziorze. Wtedy nauczyłem się, że piaskiem da się wszystko wyczyścić. Kilka godzin dziennie spędzałem w jeziorze. Po kilku dniach pachniałem glonami, ryby traktowały mnie jako swojego. Dużo nurkowałem w okularkach lub bez. Lepiej czułem się w wodzie niż na lądzie.

Wieczorami chodziliśmy do świetlicy oglądać najpierw Niewolnicę Izaurę, a następnie Dynastię. To były seriale, które autentycznie jednoczyły nasz nieszczęśliwy naród. W świetlicy ośrodka sportu i rekreacji zawsze był wtedy tłum ludzi. Po seansie telewizyjnym, w półmroku lubiłem chodzić po brzegu jeziora. Czasem wchodziłem doń po kolana. I marzyłem, że kiedyś będę kimś.

Biały Bór był dla mnie miejscem poniekąd magicznym. Gdy pani w klasie wypytywała po wakacjach gdzie byliśmy w lipcu i sierpniu, zawsze dumnie odpowiadałem, że w Białym Borze i nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego nie robiło to na pani większego wrażenia. Przeciwnie wprawiało ja to w zakłopotanie, bo inne popularne destynacje wakacyjne były jej dobrze znane. Ale nie akurat jakiś tam Biały Bór, gmina w środku województwa koszalińskiego. Dla mnie jednak Biały Bór był i pozostaje centrum mojego wakacyjnego wszechświata.

W Białym Borze są dwa jeziora: Łobez i Bielsko. Dworzec kolejowy jest daleko od miasteczka. Ale za to z centrum można było pojechać do Miastka lub Szczecinka. I jako mały podróżnik jeździłem. W Szczecinku i okolicach była baza wojsk radzieckich. Tam kupiłem sobie mikroskop. W Miastku był legendarny ksiądz-generał Bernard Witucki, względem którego miejscowi komuniści mieli wieli respekt. W Miastku kupiłem sobie kurtkę ze skóry.

Uwielbiałem się włóczyć po Białym Borze, Szczecinku i Miastku. Od wczesnych lat miałem taką potrzebę przemierzania przestrzeni, zaglądania w każdy kąt, smakowania tego i owego. Byłem i jestem poszukiwaczem. Nadal doskonale pamiętam te miejsca i ich zapachy.

W samym Białym Borze z czasem zżyliśmy się z miejscową rodziną Czupów. Byli 100% Ukraińcami. Mieszkali na ulicy Górnej, pod stadionem. Pani Czupowa, starsza i niezwykle serdeczna kobieta, lepiła dla nas pierogi. Głównie nimi się wówczas żywiłem. To były najlepsze pierogi które kiedykolwiek jadłem. Bardzo ją lubiłem. Gdy rozmawialiśmy, mówiła mi wiele o synku, który mieszka w Szwecji. Wciąż do niego nawiązywała. Tęskniła za nim. Potem kolejny jej syn uciekł z PRL-u via Rzym do Kanady, dokąd ostatecznie – z tego co mi wiadomo, po kilku latach sprowadził Panią Czupową. Reszta rodziny już została. Chodziliśmy do nich regularnie, żeby w ogródku zrywać i jeść czerwone i czarne porzeczki, agrest oraz inne owoce.

W centrum miasteczka była buda z zapiekankami i frytkami. Prowadzona przez żonę miejscowego milicjanta. To był prawdziwy delikates. Raz w tygodniu, na ogół po mszy niedzielnej mogliśmy z siostrą skorzystać z usług tego miejsca. Do tej pory pamiętam smak i zapach białoborskich frytek.

Pamiętam również, jak miejscowi nieuczciwi rybacy-kłusownicy łowili ryby na prąd. Zwłaszcza na jeziorze Bielsko. Byłem już wówczas zdegustowany tym faktem.

Fot. Ośrodek Wypoczynkowy Biały Bór/www.owbialybor.pl

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.