– Gdy byłem młody, jak pan, miałem oba koła sprawne, a potem jedno odpadło, drugie zaś się wypaczyło. – powiedział obok mnie na ławce w Parku Pokoju ok. 18-letni starzec. Przygarbiony, nieco zaniedbany, z kępami włosów wyrastających z obu uszu.

– Jedyne co mi pozostało – kontynuował swoją przemowę – to patrzeć jak innym fajnie kręcą się kółka. Chodzenie na samych nogach jest okropnie męczące. Wręcz upokarzające. Kółka są pozytywne – westchnął.

– Ale jakie kółka? Przecież ludzie mają tylko nogi, nie rodzą się z kółkami – odrzekłem.

– Nieprawda, wielka nieprawda, kłamstwo! – odkrzyknął wyraźnie poruszony 18-letni starzec. Każdy z nas rodzi się z dwoma sprawnymi kółkami, tyle tylko, że jedne jeżdżą do końca życia, inne wypaczają się lub nawet urywają. I człowiek zostaje bez kół. Wykołowany do końca życia. I pozostaje mu się jedynie zesmutnieć. Bo co to za życie bez bocznych kół, które pozwalają człowiekowi nie chodzić, nie wbijać swych stóp w ziemię, która od tysięcy lat wypłaszacza się niezauważalnie na pohybel zwolennikom teorii okrągłości ziemi.

– Pierwsze koło to kiedy pan stracił? W jakich okolicznościach? – zapytałem, może niepotrzebnie, ale słowo się rzekło.

– Pierwsze koło urwało mi się i zniknęło w czeluściach trwającej kilka dni nocy, z poniedziałku na sobotę pewnego kwietniowego dnia. Zapiłem, co tu wiele mówić. Ale miałem powód – podkreślił stanowczo człowiek bez kół. Ja zawsze proszę pana upijam się z jakiegoś powodu, na ogół poważnego – kontynuował jakby nieco się usprawiedliwiając. To koło urwało się w środę lub czwartek gdy byłem rozgrzany wódką jak piec hutniczy, na luźnej przelotowej na wysokości 11 kilometrów, gdy skrzydła same niosą, a silnik działa na wolnych obrotach, i gdy wszystko widać z góry, tyle że mniejsze i nieważne.

– I to koło się urwało ot tak, bez większej przyczyny? Może ktoś je wyrwał? – dopytywałem już nie z ciekawości, bo mnie cudze koła nie interesują, ale dla poddierżania razgawora.

– Myślowo wszedłem w niebezpieczny, ostry zakręt życiowy. Za dużo wspomnień pojawiło się na wirażu, za dużo myśli o tym co było i się już nie odbędzie, do tego poczucie żalu i tęsknoty – w takich warunkach traci się przyczepność, no i jak w tym przypadku, jedno koło. Widziałem jak odczepia się ode mnie i niknie w ciemności. Ledwo co wymieniłem opony na wczesnowiosenne. Jedną letnią mam, gdyby pan potrzebował, mi już się nie przyda – zaproponował człowiek bez kół.

– A co z drugim kołem? Na jednym przecież też można jeździć. Czasem tylko w koło samego siebie, ale zawsze. – zapytałem. Można driftować choćby dla zabawy.

– Panie, ja bym mógł nóg w ogóle nie mieć, ale kółka są ważne, najważniejsze. Życie z dwiema nogami i jednym kółkiem nie ma większego sensu. – odpowiedział człowiek bez kół. Te drugie koło jakiś czas działało, ale się wypaczyło, zjajowaciało. Kiedyś, wie pan, prowadziłem samochód po alkoholu, znaczy jak byłem nietrzeźwy. Uwielbiam jeździć autem w takim stanie, drogi wydają się wtedy jakby szersze, poszerzające się skutkiem poleceń wzrokowych, czas podróży się skraca, inni kierowcy irytują jedynie swoją trzeźwością. Niepotrzebnie etykietuje się pejoratywnie nietrzeźwych kierowców. No są takimi samymi użytkownikami drogi, co zadufani w sobie nieprzejednanie trzeźwi kierowcy.

– Ale co z tym kołem zjajowaciałym, dopytytuję.

– No jak to co? Przecież pisał o tym szeroko „Głos Ziemi Cieszyńskiej” swego czasu. Na pierwszej stronie! Jadąc jak zwykle po pijaku zderzyłem się czołowo z karetką pogotowia weterynaryjnego wiozącą na cito siano dla świnek morskich w Puńcowie. Przedni reflektor znalazłem 10 metrów od miejsca zderzenia. Zapytałem tych ludzi z karetki weterynaryjnej czy mają jakieś pretensje do mnie, ale odpowiedzieli, że nie, że spoko, bo wiadomo, że każdy lubi się napić i pojeździć, zresztą, że oni mają podobnie więc full empatia w kryzysowej sytuacji. Przyjechała co prawda policja ale miała jakieś dwa promile więcej we krwi niż my wszyscy razem wzięci, więc nie ogarnęli tematu, tylko prosili żeby nie mówić o zaistniałej sytuacji.

– Ale co z kołem? – naciskam.

– Co prawda nie odpadło jak poprzednio, ale zjajowaciało. Niby da się na nim jeździć, ale już lepiej na nogach podejść, bo tyle wysiłku w to jeżdżenie na nim wkładam, że aż mnie to boli. Moim zdaniem zjajowaciało nie od zderzenia z karetką, ale z bólu po utracie pierwszego koła. Jajowaciało powoli, a zderzenie z karetką tylko postawiło kropkę nad „i”.

– To już pan nie pojeździsz w życiu. Zostaje tylko prosty, monotonny, przybijający chód. Chodzenie jest straszne, w ogóle nogi są czymś całkowicie obleśnym. Jak patrzę na tysiące szczęśliwych kalek, którzy zrezygnowali z nóg na rzecz supernowoczesnych wózków inwalidzkich, to czuję zazdrość. Chodzenie to wypłaszczanie ziemi, która pierwotnie była okrągła a obecnie jest kwadratowa, bo Chińczyki z Hindusami depczą za mocno i za często, nieprzypadkowo też rekiny pojawiły się we wschodnim Bałtyku.

– Dziękuję panu za rozmowę i wysłuchanie mnie w tej trudnej dla mnie sytuacji, powiedział człowiek bez kół i oddalił się w stronę sklepu „Społem” w celu nabycia dwóch kanapek cieszyńskich. Patrzyłem jak się oddalał. Na dwóch nogach, męczyłem się jak na to patrzyłem. Życie bez bocznych kółek jest straszne, wręcz tragiczne.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.