– Muszę się napić – powiedział lekko starzejący się mężczyzna siedzący na ławce w Parku Pokoju. I w kilka sekund opróżnił „małpkę”. Picie nadaje sens mojemu życiu. Świat staje się kolorowy, a ja sam we własnym mniemaniu młodszy. I to działa, naprawdę! Wie pan po co tutaj całymi dniami przesiaduję?

– Po co? – zapytałem człowieka odzianego w marynarkę i z jedną łuską rybią na karku.

– Podobno rozbójnicy wołoscy z Koniakowa szykują napad na sklep „Społem”. Znudziło im się pasterstwo i poprzewracało w głowach. Jestem tutaj by ich zawczasu wypatrzeć. I zapobiec napadowi. – powiedział i wychylił drugą „małpkę”.

– A co zamierzają napadając na sklep „Społem”? – dopytuję.

– Po pierwsze chcą poniżyć kierowniczkę, która gra im na nerwach od dwóch dekad co najmniej. I tu ich rozumiem – podkreślił człowiek w przymałej marynarce i z łuską rybią na karku. Po drugie, chcą zobaczyć co się dzieje tak naprawdę w podziemiach sklepu, bo wie pan – podobno sklep to tylko taka maskirowka, stwierdził i rzucił pustą małpkę w krzaki, jak to czyni zresztą większość leczących się tym sposobem Polaków.

– A pieniędzy nie chcą, to nie miałby być napad dla kasy po prostu? – Dopytałem.

– Kasą to oni srają. Mają jej mnóstwo! Z tych owiec i kóz wyciągają miliony! Z samej wełny mają tyle hajsu, że nawet nie jesteś pan sobie wyobrazić. Ich król Ferdynand Konstanty Wałach II sypia podobno na materacu wypełnionym wyłącznie pogniecionymi banknotami 500 eurowymi. I kazał opracować wzór banknotu 1000 eurowego, bo był niedostatecznie wyspany. W Jaworzynce jest drukarnia, która go drukuje. Drukują banknoty ze wełny, wierzy pan. Z wełny! Zupełnie zwariowali tam w górach.

– A kierowniczka to czym im podpadła? – pytam.

– Grabiła sobie latami, głównie pogardą dla Wołochów kupujących czasem w jej sklepie. Jak tylko wychodzili ze sklepu, kazała głośno, żeby wszyscy słyszeli, praktykantowi wietrzyć cały sklep i żeby drzwi były otwarte przez godzinę choćby był mróz. Było im przykro, gdy odziani w tradycyjne owczo-kozie odzienia opuszczali sklep w celu zakupienia cukierków dla dzieci. Do tego oszukiwała ich na dziale rybnym. Płacili za tonę tuszy śledziowej, a ona im dawała 950 kilogramów. Te 50 brakujące sama potem na zapleczu zjadała z takim zapałem, że dostała tzw. ust śledziowych. – powiedział i wychylił trzecią małpkę”.

– To nie lepiej od razu sobie kupić pół litra czy 0,7 zamiast tych trzech małpeczek? Przecież to by dużo taniej wyszło – zapytałem.

Człowiek w przymałej marynarce i łuską rybią na karku nagle zerwał się, chwycił mnie za szyję, uniósł i krzyknął: – a co ja jakiś alkoholik jestem, żeby w hurcie wódkę kupować? Alkohol pity w niewielkich ilościach czyni mnie człowiekiem, gdybym pił od razu pół litra, byłbym zwierzęciem. A ja nie chcę się tak upodlić.

– Niech pan się tak nie unosi – zaprotestowałem. Źle mnie pan zrozumiał. A z tą ciekawością tego co dzieje się w podziemiach sklepu to o co chodzi? – zapytałem ledwo łapiąc oddech po tym, jak mój rozmówca przestał uciskać moją gardziel.

Tam się dzieją podobno rzeczy nieoczywiste. Takie, które są nie pomyślenia dla zwykłego mieszkańca Cieszyna. – odparł.

– Czyli jakie?

– Podobno pod sklepem znajduje się nielegalna kopalnia węgla kamiennego, w której pracują niechciane dzieci wszystkich cieszyńskich sklepikarek. Pozwala się im urodzić, ale od razu niemal kieruje się je do katorżniczej pracy. Dostają taki mały lecz ciężki żeliwny młoteczek i wiaderko, żeby móc jakoś urobek dostarczyć na górę. Pracują w tragicznych warunkach, prawie nie jedzą, tylko wieczorami kierowniczka wrzuca do dołu, w którym śpią przeterminowaną żywność. To jest straszne.

– Dlaczego Wołosi chcą te dzieci wyzwolić? Są z ich plemienia? – dopytuję.

– Nie, nie są od nich. Ale Wołosi mają silny instynkt pomagania innym poprzez krzywdzenie innych. Sami tego nie rozumieją ale też nie starają się tego rozkminić. Lubią wypić, pohałasować, a jak się przypadkiem uda komuś pomóc, to cieszą się jak dzieci. Ten sklep z kopalnią od dłuższego czasu mają na oku.

– Skoro mają oni moralny mandat, by zrobić z tym sklepem porządek i wyzwolić dzieci z kopalni, to dlaczego pan stara się zapobiec spodziewanemu atakowi? – pytam człowieka, który właśnie opróżnił czwartą małpkę.

– Bo jestem Antywołochem, powiedział krótko. Kiedyś byłem jak oni, ale mnie wyklęli. Powiedzieli – idź precz, już nie jesteś jednym z nas. Zmień tożsamość, wyzuj się z naszego pasterskiego mentaliteta i stań się jak inni, najlepiej bezimienni. Na przykład Austriakiem.

– No i stałeś się pan nowym człowiekiem – powiedziałem lekko śmieszkując.

– Owszem – odpowiedział. Ale że byłem spośród nich najbardziej inteligentnym, oni wiedzą, że jedno moje słowo jest w stanie z historii wykreślić ich całe pokolenia. Najbardziej boją się tego, że napiszę książkę w twardej oprawie, szytą, o nich właśnie. Oni najbardziej boją się słowa. Jestem jak bomba atomowa.

– Czymże jest słowo, zadumałem się, gdy tymczasem kolejna małpka wylądowała w krzakach.

– Czymże jest słowo – odrzekł ledwo przytomny Antywołoch.