Wydawało mi się, że mam grubą skórę. Że jak mnie życie skopało w brzuch, głowę i stopy, i wciąż żyję, to po tym wszystkim jestem odporny na różne złośliwości i tzw. złe języki.
Owszem, krytyki podszyte zawiścią, chęcią dokopania mi, wreszcie takie nawet z pozoru zatroskane o moje dobro, potrafię nie tyle znieść ale je obejść. I nie zwracać na nie uwagi.
Ale zdarzają się krytyki, które niestety nokautują. Te wypowiedziane wprost i te podesłane za pośrednictwem osób, które cenią, lubię i do których mam zaufanie.
Te ostatnie są najtrudniejsze, bo za pośrednika krytyki wybiera się osobę, do której jedna, i druga strona ma zaufanie. Czyni się z niej niejako zakładnika złej informacji. Niby w zaufaniu powierza się tej osobie zatroskanie o moją kondycję, ale tak naprawdę czyni się z niej narzędzie służące do upokorzenia.
Te pierwsze, w ostatnich trzech miesiącach przeżyłem dwa razy. Pierwszym razem dowiedziałem się, że jestem złym ojcem, za drugim, że byłem złym synem. I może poradziłbym sobie z tymi krytykami, gdyby były one wstępem do rozmowy, ale one były wyłącznie monologami, które miały mnie upodlić.
I upodliły. Gdy wciąż zmagasz się z depresją, którą środki farmakologiczne jedynie łagodzą, jedne przestają działać, drugie nie zaczynają, jesteś łatwym celem. To kosztuje szum w głowie, niezdolność koncentracji, prowadzenie auta jakby się wypiło 0,7 l. Prowadzenie dzisiejszych zajęć w trybie stacjonarnym kosztowało mnie tyle energii, ile normalnie poświęcam na kilkanaście zajęć.
Złe słowa, zwłaszcza te nie mające pokrycia w faktach, potrafią boleć. A najbardziej bolą jeśli wygłaszają je osoby najbliższe, z rodziny.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz