Wstaliśmy na tyle wcześniej, że mogliśmy pojechać kawałek poza autostradą. Gdybyśmy wiedzieli, że prześpimy oboje zjazd na Wrocław, pewnie byśmy tego nie zrobili, ale nie wiedzieliśmy.
Od trzech lat lubię jeździć przez Polskę poza autostradą. Autostrada jest jaka kanał czasoprzestrzenny.
– Jedź do Działoszyc – mówił Janusz – jedź. Zobaczysz sztetl, taki klasyczny małopolski sztetl.
No i przyjechaliśmy. Miasteczko. Ciągle jeszcze miasteczko, chociaż liczba mieszkańców mniejsza niż w Lelowie, który prawa miejskie utracił i nie odzyskał. 991 osób według spisu z roku 2010.
W połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku Działoszyce miały ponad 6500 mieszkańców, była tutaj cegielnia, betoniarnia, fabryka cukierków i cykorii, trzy garbarnie, olejarnia, młyny wodne, wytwórnia wody sodowej. W miasteczku było 50 sklepów spożywczych, 20 bławatnych, 7 galanteryjnych, 2 apteki, 3 herbaciarnie, 3 restauracje i niezliczona ilość warsztatów i zakładów rzemieślniczych, nie wyłączając zegarmistrzowskich.
Nie tylko trzeba umieć coś robić, ale mieć dla kogo. Praca jest rozmową, dialogiem, jaki toczymy przez wieki, prawda?
Zajechaliśmy na plac pod synagogą, a właściwie pod szkieletem synagogi. Z pobliskiego wzgórza ryczy na cały głos kościół, bo niedziela, koło południa, miasteczko wymarłe, wszyscy w kościele.
– Nic tu nie ma – mówię ni to do siebie ni to do Małgosi. Nic.
Bo z tych 6500 ludzi przed wojną zostało po 70 latach 991 dusz wedle spisu z 2010 roku. A miasto wygląda jakby się marszczyło pod słońcem. Zasuszone, drobne, wątłe.
Tablica informacyjna obok ryneczku opowiada historię wazy, odkrytej w pobliżu w latach 70-tych. Ilustracje wyblakły zupełnie od słońca, ledwo daje się odczytać o co chodziło. Na wazie znajdowały się przedstawienia wozów z kołami. Starsze przedstawienia niż sumeryjskie, wedle datowania radiowęglowego o 500 lat.
Ale gdzie stała restauracja żydowska, gdzie była mykwa – tego się już nie dowiesz.
I co z tego, że ktoś przejął warsztaty, wytwórnie, restauracje, piwiarnie, sklepy spożywcze i bławatne? Trzeba nie tylko umieć coś robić, ale mieć dla kogo robić, a z tych 6500 mieszkańców Działoszyc w połowie lat trzydziestych ubiegłego stulecia ponad 5000 była Żydami.
W 1941 roku w getcie w Działoszycach stłoczono ponad 10 tysięcy Żydów. I potem w trzech deportacjach wywieziono – część rozstrzelano w pobliżu, część trafiła do Miechowa skąd wywieziono ich do Bełżca.
„Po ostatnim wysiedleniu Żydów, przyjechał z Miechowa przedstawiciel gestapo celem likwidacji mienia pożydowskiego. Wraz z policją sprzedawali przez tydzień urządzenia mieszkalne. Masy chłopstwa przyjechały do miasta, kupowali umeblowanie i sprzęt razem z pluskwami.”
(ze wspomnień Wacława Kapsy, mieszkańca Działoszyc)
Tak, trzy lata temu powziąłem taki zamiar, żeby zacząć podróż śladami życia, żeby omijać wielkie miasta, żeby omijać wielkie narracje, żeby szukać okruchów tam gdzie one padły i zostały.
Nie wiedziałem, głupi, że będzie to wyprawa w jeszcze większą otchłań, jeszcze większą studnię zapomnienia. I nie tylko zapomnienia. Bo jak nazwać to nic, jakie zostało po 5/6 mieszkańców miasteczka. I tę daremność tępego rabunku.
U nas to tam gdzie padł jeden partyzant jest tablica. I tam gdzie było 5000 Żydów też jest tablica. Jedna. Czasem dwie.
Co z tego, że ktoś poprzejmował mienie nieżyjących, razem z pluskwami, jak opisał to świadek, pytam?
Nic. Wyrwy pozostały.
Miasteczka stały się wsiami i nie podniosły się ponownie do dawnej rangi, nie ożyły, nie wyrosły na bogactwie zabranym zmarłym nowe, szkalne, polskie domy.
„Te masy się nie cofną” pisał delegat rządu RP na kraj w zawoalowany sposób opisując żywiołowość w przejmowaniu pożydowskiego majątku milionów ofiar przez dziesiątki tysięcy Polaków. Żeby było jasne, że dawnej Polski już nie będzie. Dawnego Polin. Bo masy się nie cofną.
Masy się nie cofnęły. Wchłonęły, spożyły i spuchły. Nie wytworzyła się żadna nowa jakość, nic z tego nie wynikło. Zapadające się w sobie, kurczące pod upalnym słońcem Działoszyce z ryczącym na wieleset metrów wokół kościołem parafialnym. Parafianie przyjmują ciało Jeszuy, żyda z Nazaretu.
Widziałeś sztetl?
Nie.
Widziałem otchłań.
Dziękuję też za taktyczne kawy. To pomaga trwać i daje mi samemu jakieś usprawiedliwienie przed sobą w związku z zaniedbywaniem spraw istotnych.
Dziękuje tez za każdą nadobniejszą nawet wpłatę na zbiórki, które udostępniam. Za każdą z nich stoją ludzie, którym ufam. Nic tam się nie marnuje.
Gdyby ktoś chciał postawić mi kawę w zamian za wykonaną robotę – link tutaj.
Trzymajcie się!
Trwa nadal zbiórka na batalion medyczny Госпітальєри Госпитальеры Hospitallers. To czysty konkret. 80% rannych przeżywa dzięki dobrej organizacji ewakuacji i opieki medycznej pola walki w armii ukraińskiej. Takich wyników tamta strona nie ma i nie będzie miała. A naszym trzeba pomagać. Link TUTAJ.
Autor: Radosław Wiśniewski Polski dziennikarz, poeta, ur.1974 – pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor kilku książek z wierszami, jednej eseistycznej, jednej prozatorskiej i jednej popularno-historycznej. Tłumaczony na niemiecki, angielski, hiszpański, ukraiński, fiński oraz węgierski. Jest współzałożycielem Stowarzyszenia Żywych Poetów z Brzegu, byłym redaktorem naczelnym ex-kwartalnika „Red.”, wieloletnim współpracownikiem „Odry”.
Więcej na Facebook’u: https://www.facebook.com/autorautor74








Zostaw komentarz