Minister spraw zagranicznych największego państwa Europy Środkowej, zamiast budować powagę i autorytet, urządza sobie wycieczkę turystyczną i zachowuje się jak gimnazjalista. Donalda Trumpa nie zobaczy, do Białego Domu nie wejdzie – więc cyka sobie fotki spod płotu, jak nastolatek na szkolnej wycieczce do Waszyngtonu.„Patrzcie, patrzcie, jestem pod Białym Domem, a mówili, że nie będę!” – chciałoby się sparafrazować jego narrację. To nie jest dyplomacja, to nie jest polityka zagraniczna – to jest festiwal kompleksów. Minister spraw zagranicznych, który powinien reprezentować Polskę z godnością, zachowuje się jak rozemocjonowany szczyl, który w końcu dotarł do Disneylandu.A prawda jest brutalna: Sikorski nie ma żadnych szans, żeby usiąść do stołu z Trumpem, ani wejść do Białego Domu jako partner do rozmowy. Dlatego zostaje mu trawnik, płot i selfie na pamiątkę. I jeszcze ta dziecinna próba pokazania światu: „A jednak jestem blisko!”. Tylko że blisko czego? Bo dyplomacji to tu nie widać, jest za to kpina totalna.Taki minister nadaje się najwyżej na przewodnika wycieczek szkolnych po Waszyngtonie – pokazującego zza ogrodzenia: „O tam, proszę państwa, to jest Biały Dom” – a nie na szefa polskiej dyplomacji. Dajcie mu jeszcze lizaka do ręki, to zdjęcie będzie kompletne.