Nie ma takich pieniędzy, którymi Niemcy i Sowieci mogliby spłacić Polskę za jej łzy. Za jej krew, za utracone dzieci, za cichy jęk tych, których już nikt nie zawoła po imieniu. Można policzyć domy, fabryki, mosty, drogi. Można wycenić dzieła sztuki, wagony stali, hektary spalonych pól. Ale nie da się policzyć ludzi.

Ponad sześć milionów istnień – zgaszonych jak świece na wietrze historii. Wymordowano inteligencję, zniszczono fundament narodu. Wyrwano z korzeniami tych, którzy uczyli, tworzyli, myśleli. Ilu wynalazków się nie dokonało? Ilu poetów się nie urodziło? Ile serc, które mogły kochać, zostało roztrzaskanych? Tego nie odda żaden reparacyjny rachunek. Bo nie da się odbudować tego, co nigdy już się nie narodzi.

Czasem powtarzam sobie, że jestem chrześcijaninem. Że wybaczanie jest wpisane w moją wiarę, że bez niego nie ma zbawienia. Ale gdy piszę te słowa, czuję jak wzbiera we mnie żal, jak łzy ściskają gardło. I wiem, że umrę w grzechu. Bo nie potrafię wybaczyć. Nie potrafię zapomnieć.