Po materiale „Uwagi” mam wrażenie, że widzów potraktowano jak ludzi, którzy mają połknąć wszystko, byle podało się to w odpowiedniej kolejności: wystraszony kierowca, wzruszona żona, znajomi mówiący o jego złej jeździe, prokurator studzący emocje i na koniec łatka „teorie spiskowe”. To nie było rozbieranie sprawy na fakty. To było układanie ludziom w głowie jednej wersji. Najpierw największy absurd: reporter po rozmowie z kierowcą mówi, że mu wierzy. Przepraszam bardzo, ale od kiedy wiara reportera jest dowodem? Dziennikarz śledczy nie ma „wierzyć” podejrzanemu. Ma go sprawdzać. Ma rozjechać jego wersję z monitoringiem, telefonem, trasą, prędkością, hamowaniem, punktem uderzenia i opinią biegłych. Tego nie pokazano. Drugi absurd: żona mówi, że mąż był przemęczony i „nie zabiłby człowieka”. To jest głos żony, nie dowód. Naturalne jest, że żona będzie bronić męża. Ale telewizja podała to tak, jakby emocjonalna obrona bliskiej osoby miała przykryć pytanie najważniejsze: dlaczego samochód zjechał dokładnie tam, gdzie jechał Łukasz Litewka? Trzeci absurd: znajomi mówią, że ludzie bali się z nim jeździć. I co robi z tym program? Zamiast potraktować to jako alarm, robi z tego wygodne wyjaśnienie wypadku. A przecież to powinno otworzyć kolejne pole śledztwa: czy były wcześniejsze incydenty, problemy zdrowotne, zgłoszenia, mandaty, ostrzeżenia, dokumenty, świadkowie? Jeżeli ktoś był tak niebezpieczny za kierownicą, że ludzie bali się z nim jeździć, to nie jest zamknięcie tematu. To jest powód, żeby temat rozwalić na części. Czwarty punkt: kaucja. Pojawia się 40 tysięcy złotych. Media pisały, że pieniądze wpłaciły osoby najbliższe. Jeżeli pojawia się wersja o pieniądzach ze spadku po zmarłych rodzicach, to nie jest „ładne wyjaśnienie” do przyjęcia na słowo. To jest rzecz do sprawdzenia. Kto wpłacił? Z jakiego rachunku? Czy prokuratura sprawdziła źródło pieniędzy? Czy są dokumenty? Bo w sprawie śmierci osoby publicznej nie sprzedaje się widzom bajki „spadek po rodzicach i wszystko jasne”. To ma być zweryfikowane.
I właśnie tu widać, jak bardzo ten materiał był ustawiony. Wszystko układa się zbyt wygodnie.
Kierowca nie chciał.
Żona potwierdza.
Reporter wierzy.
Znajomi robią z niego słabego, rozkojarzonego kierowcę.
Prokurator mówi, że nie ma dowodów na inną wersję.
Widz ma westchnąć, pokiwać głową i uznać: tragiczny wypadek, koniec pytań.
Tylko że to jest obraza inteligencji widza.
Brak dowodów na celowość nie jest dowodem braku celowości. To są dwie różne rzeczy. Jeśli prokuratura mówi, że „na dziś” nie ma podstaw do innej wersji, to dziennikarz powinien zapytać: czego dokładnie szukaliście, gdzie szukaliście, co zabezpieczyliście, jakie telefony sprawdziliście, jakie kamery, jakie kontakty, jakie finanse, jakie powiązania, jakie wersje kierowcy?
Tego nie było.
Był teatr uspokajania.
Było prowadzenie widza za rękę.
Było emocjonalne zmiękczanie podejrzanego.
Było ustawienie pytań społecznych blisko „teorii spiskowych”.
Było pokazanie bólu bliskich tak, żeby każdy, kto pyta dalej, wyglądał jak człowiek bez serca.
A prawda jest prosta: pytanie o monitoring nie jest teorią spiskową. Pytanie o telefon nie jest teorią spiskową. Pytanie o tor jazdy nie jest teorią spiskową. Pytanie o źródło pieniędzy na kaucję nie jest teorią spiskową. Pytanie, czy realnie wykluczono wersję celową, nie jest teorią spiskową.
To są normalne pytania po śmierci człowieka.
Ten materiał niczego nie wyjaśnił. On miał raczej zamknąć ludziom usta. Miał zrobić z widza kogoś, kto ma przyjąć gotową historię, bo pokazano mu emocje i powiedziano: „nie kombinuj”.
Nie. Właśnie trzeba kombinować. Trzeba pytać. Trzeba sprawdzać. Trzeba patrzeć prokuraturze i mediom na ręce.
Bo jeżeli samochód zjeżdża na tor jazdy rowerzysty i ginie człowiek, to nie wystarczy powiedzieć: kierowca był przemęczony, żona mówi, że nie chciał, a reporter mu wierzy.
To nie jest dowód.
To jest narracja.
A ta narracja śmierdzi.
Autor: Damian Jagielski
Zostaw komentarz