Prof. Jacek Bartyzel opublikował artykuł, w którym uzasadnia wyższość ustrojową Islamskiej Republiki Iranu nad demokracją liberalną z perspektywy tradycjonalistycznej. W artykule prof. Bartyzela okraszono ów ustrój nawet mianem „sto razy lepszego” niż znane nam z różnych zakątków globu liberalno-demokratyczne odpowiedniki. Takie postawienie sprawy zupełnie mnie nie dziwi, unikalny w skali światowej ustrój Iranu, łączący w sobie pierwiastki teokratyczne z elementami całkiem nowoczesnej, nieliberalnej demokracji, jest bowiem od dawna przedmiotem żywego zainteresowania a niekiedy nawet fascynacji wśród polskiej prawicy o tradycyjnym i narodowym zabarwieniu. Co mnie jednak zdziwiło to entuzjazm z jakim do artykułu odnieśli się niektórzy przedstawiciele środowiska tradycji katolickiej.

Zdziwiło mnie z dwóch powodów. Po pierwsze, broniąc i promując treść artykułu bronią oni tezy, że ustrój zakazujący katolickiej działalności misyjnej i karzący ją nawet karą śmierci jest „sto razy lepszy” od ustroju, który daje swobodę Kościołowi w jego podstawowej działalności. Z punktu widzenia integralnego katolicyzmu nie ma zaś ważniejszego postulatu politycznego niż wolność głoszenia i nawracania na „jedyną prawdziwą religię”, praktykowaną w Kościele „poza którym nie ma zbawienia”. O ile wyższości ustroju irańskiego nad liberalną demokracją można spokojnie bronić z pozycji nacjonalizmu czy tradycjonalizmu integralnego, o tyle z punktu widzenia podstawowego pryncypium działania Kościoła takie stanowisko jest po prostu absurdalne.

Druga sprawa, również znacząca. Prof. Bartyzel pisze tak: „tradycyjna nauka katolicka akceptowała jako „hipotezę” państwa wyznające inne religie, tam gdzie ludność nie jest chrześcijańska albo chrześcijanie stanowią mniejszość, pod warunkiem, że państwa te przestrzegają zasad prawa naturalnego oraz nie prześladują chrześcijan i zezwalają im na praktyki religijne”. Otóż i w tym zakresie jest pewien problem z Iranem i nie chodzi tylko o prześladowanie chrześcijan czy skazywanie konwertytów z islamu na karę śmierci. Mało osób zdaje sobie sprawę, że fatwą z 1987 roku ajatollah Chomeini uznał zmianę płci za procedurę jak najbardziej dopuszczalną i dziś Iran jest pod tym względem państwem ze ścisłej czołówki. Nie wiem czy światowej ale na pewno azjatyckiej; artykuły poświęcone problemowi wymieniają go w tym obszarze zaraz obok… Tajlandii.

Na tym nie koniec. W latach 1988-2010 Republika Islamska prowadziła radykalny program ograniczania urodzeń. Zresztą z powodzeniem, dzietność spadła z ponad 5 do 1.5 (!) dziecka na kobietę, notując w latach 90. bodaj rekord światowy w tempie spadku. Jakimi metodami? Propagandą „dwoje dzieci wystarczy”, „mniej dzieci – lepsze życie”, instrumentami finansowymi uderzającymi w rodziny wielodzietne (obcinanie urlopów, ubezpieczeń itd.) oraz… luzowaniem przepisów dotyczących aborcji i sterylizacji. W 2010 program zwinięto bo nad Republiką zamajaczyło widmo „zachodniej” katastrofy demograficznej, tyle że o pokolenie-dwa późniejszej niż w naszej części świata. Wskaźniki dzietności już się jednak nie podniosły i wciąż wykazują tendencję spadkową.

Napisawszy to wszystko jeszcze raz podkreślę – ja również uważam, że łączenie tradycjonalizmu kulturowego z formami nieliberalnej demokracji to coś lepszego a na pewno ciekawszego, niż czysty, zachodni demoliberalizm. Taka perspektywa jest dosyć naturalna np. dla nieliberalnego nacjonalizmu. Mam natomiast fundamentalne wątpliwości, że może tak napisać ktoś, kto reprezentuje środowisko katolickiego, integralnego tradycjonalizmu i jest np. uznanym publicystą tego kręgu. Otóż z punktu widzenia pryncypiów tradycyjnej nauki katolickiej stawianie ustroju, w którym panuje swoboda działania Kościoła jako „sto razy gorszego” od ustroju, w którym za nawracanie na katolicyzm grozi kara śmierci, jest po prostu absurdalne.

Natomiast w świetle drugiego zagadnienia, czyli argumentacji prawnonaturalnej widzimy, że ustrój irański nie odbiega aż tak bardzo od demokracji zachodnich, jak to się na pozór wydaje. Tyle, że zamiast decyzji większości parlamentarnej mamy fatwy ajatollahów. Które mogą być tradycyjne ale mogą też…. dopuszczać aborcję, sterylizację czy państwowy system zmiany płci. Stwierdzam więc tak; czuję się dosyć paradoksalnie w roli jaką zajmuję w tej debacie, ale uważam, że to co napisał prof. Bartyzel jest w praktyce manifestem wyższości pewnego rozumienia tradycjonalizmu nad… chrześcijaństwem. I jestem jednak trochę zdziwiony, że integrystom katolickim nie jest z tym choć trochę nieswojo.

Pokuszę się o jeszcze jedną rzecz – o analizę skąd wynika problem tradycjonalizmu katolickiego, zamanifestowany w artykule prof. Bartyzela i postawie zwolenników zarysowanej tam tezy z kręgów integrystycznych. W mojej ocenie są to bowiem „bóle fantomowe” po stracie cywilizacji chrześcijańskiej, która została zastąpiona przez wyrosłą na jej gruncie i na jej gruzach liberalną demokrację. Wprawdzie, wbrew przekonaniom większości tradycjonalistów, wynalazca druku Gutenberg przyczynił się do wspomnianych procesów bardziej niż Russo, Wolter i wszyscy rąbespierowie oraz masoni świata razem wzięci, ale nie zmienia to faktu, że chronologia jest oczywista.

Katolicyzm zniósł ostatnie 250 lat szczególnie ciężko, przechodząc w ciągu niespełna wieku gwałtowny proces; od radykalnej negacji nowych porządków społecznych jeszcze za Piusa IX w połowie XIX stulecia, do de facto ich afirmacji począwszy od Jana XXIII a zwłaszcza Pawła VI w połowie stulecia XX. Od drugiej połowy XX wieku moderniści katoliccy „wzięli szturmem” Rzym i spychają tradycjonalistów na margines. Schizma doktrynalna (wiem, że to dziwaczny z punkt widzenia utartych poglądów termin ale będę go stosował i bronił) materializuje się odtąd stale wewnątrz Kościoła.

Tradycjonaliści bronią minionego porządku doktrynalnego oraz najczęściej … społecznego, progresywiści bronią doktryn oraz, co do zasady, porządków obecnych. Przywiązanie jednej i drugiej postawy do określonych form politycznych jest faktem nawet… nawet jeśli polemiści z obu stron nie przyznają się do nich wprost. Natomiast ja tutaj właśnie upatruję zasadniczego problemu współczesnego Kościoła w jego obydwu odsłonach. Katolicyzm „przyzwyczaił się” bowiem (za bardzo?) w toku wieków średnich, że jest nie tylko religią ale i cywilizacją a w związku z tym całościową ramą systemu politycznego.

Funkcjonowanie papieży jako świeckich władców państwa kościelnego tylko ugruntowało polit-konfesyjne zespolenie tronu i ołtarza oraz sakralizację porządku społecznego. Porządku, który „nagle” zaczął przemijać. W skutkach dalekosiężnych, w mojej opinii, owa przywiązanie stało się zgubne dla katolicyzmu. Autorytet Kościoła i jego nauczanie w dobie gwałtownych przemian zostały skoncentrowane na obronie ładu społecznego, który nie tylko z powodów ideowych ale przede wszystkim ze względów strukturalnych, nie mógł się ostać. Mam na myśli zmieniające relacje społeczne zmiany w komunikacji (masowe media, począwszy od książek i gazet, czyli główny czynnik wyzwalający potencjał zarówno rewolucji protestanckiej jak i demokratycznej) czy w ogóle w sposobie życia ludzi (uprzemysłowienie i masowa migracja do miast, przytłaczająca przewaga materialna miasta nad wsią).

Starego ładu bronił jeszcze Pius IX, w związku z tym i przy okazji centralizując jeszcze bardziej Kościół oraz cementując przewagę biskupa Rzymu nad światowym episkopatem. „Rzeczy nowe” próbował jakoś „osiodłać” Leon XIII i jego następcy aż do Piusa XII. Ze skutkiem, powiedzmy sobie szczerze, umiarkowanym. Natomiast Jan XXIII stwierdził, że opór jest daremny i „otworzył drzwi Kościoła” na współczesność. Dlaczego ta zmiana, symbolizowana w rewolucji Drugiego Soboru Watykańskiego, była tak gwałtowna? Otóż według mnie… z podobnego powodu, z którego wyniknęła XIX-wieczna „obrona okopów św. Trójcy”.

Katolicyzm, ani tradycyjny, ani progresywny, nie pogodził się z tym, że nie jest już cywilizacją i ramą polityczną porządku społecznego. Skoro nie mógł zmian powstrzymać to w pewnym momencie jakaś część światowego episkopatu uznała, że trzeba za nimi podążać. Papieże przez wieki byli uczestnikami „globalnej gry politycznej” w starym porządku i kiedy znaleźli się na marginesie procesów XIX oraz XX wieku, w pewnym momencie doświadczyli pokusy by „wrócić na salony”. Tyle, że teraz już liberalne. Ze skutkami znanymi i w mojej opinii, opłakanymi.

Wszystko co piszę powyżej nie jest, mimo mojej krytyki modernizmu i „aggiornamento”, bliskie typowej refleksji katolickiego, tradycyjnego integryzmu. Są tu co najmniej dwie rzeczy obrazoburcze czy kontrowersyjne z integrystycznego punktu widzenia:
– „nie płakałem po Państwie Kościelnym” bo uważam, że od pewnego momentu stało się balastem katolicyzmu, zaciemniającym biskupom Rzymu przenikliwe widzenie rzeczywistości oraz głębi zmian jakie dzieją się w świecie,
– rosnący przez wieki papocentryzm traktuję jako do pewnego stopnia ślepą uliczkę katolicyzmu.

Wracając do początku i powodu powyższej refleksji. Artykuł prof. Bartyzela stawia wyżej ustrój, w którym za głoszenie wiary katolickiej grozi kara śmierci nad liberalną demokrację, gdzie panuje swoboda wyznania. Dlaczego? W moim przekonaniu dlatego, że ten islamski ustrój dobrze mu się kojarzy z potencjalnymi, chrześcijańskimi odpowiednikami. Których na horyzoncie póki co jednak brak. Kojarzy mu się z czasami gdy chrześcijaństwo stanowiło w naszej przestrzeni ramę ustrojową, tak jak isalm szyicki stanowi podobną ramę w Iranie.

Tylko, że z perspektywy fundamentalnego zadania Kościoła jest to dziś wątek zupełnie poboczny. Katolicyzm integralny, jeśli chce realnie nawracać ludzi na wiarę, musi myśleć o sobie nie jako o cywilizacji politycznie organizującej narody, tylko jako o mniejszościowe religii, która potrzebuje swobody do działalności misyjnej. Bo cywilizacji chrześcijańskiej prędko nie będzie; a bez możliwości głoszenia i nawracania nie będzie jej w ogóle.

Na koniec wspomnijmy o jeszcze jednym. Za kilka lat a najdalej dekad dla wszystkich stanie się jasne, że liberalna demokracja obumarła. Systemy polityczne staną się dużo bardziej oligarchiczne, autorytarne bądź anarchiczne. Wartości liberalne będą w odwrocie. Niektórzy tradycjonaliści odkryją wtedy ze zdumieniem, że pomimo śmierci liberalno-demokratycznego Lewiatana, tradycyjne normy i więzi społeczne nie tylko nie uległy wzmocnieniu, ale w skali masowej cały czas słabną. Może wtedy zrozumieją, że w perspektywie naprawdę długofalowej to stosunki społeczne wpływają dużo bardziej na ustrój państwa, niż na odwrót.

Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.