Monarchia przestała działać, demokracja zresztą też – polemika z red. Pawłem Chmielewskim

Jeden z najważniejszych publicystów katolickiego tradycjonalizmu w Polsce, Paweł Chmielewski, opublikował przy okazji drugiej tury tegorocznych wyborów prezydenckich artykuł „Przeciwko partyjniactwu i w obronie monarchii”. Warto zapoznać się z nim przed przystąpieniem do lektury poniższego wywodu, żeby dobrze rozumieć wszystkie konteksty, o których będę dalej pisał. Red. Chmielewski zebrał część klasycznych zarzutów wobec systemu demokratycznego oraz argumentów za systemem monarchicznym. Warto się do nich odnieść, ponieważ sprawa odżywa raz na jakiś czas w publicystyce integralnej prawicy, należy zatem potraktować ją jako zdecydowanie ponadczasową.

Zacznijmy może nieco złośliwie, od parafrazy kilku pierwszych zdań artykułu red. Chmielewskiego. Zamieniamy „demokrację” na „monarchię” a zamiast „dobro własnej partii” piszemy „dobro własnej dynastii”. Okazuje się, że… zadziwiająco pasuje!

❝ Grę w demokrację parlamentarną wygrywają ci, którzy zabiegają najskuteczniej o dobro własnej partii. Dobro Ojczyzny jest dla demokratycznej gry irrelewantne. Tego systemu nie da się naprawić, dlatego należy docelowo zamienić go na monarchię. Dobrze pokazał to przebieg wyborów prezydenckich❞ pisze red. Chmielewski,

ja zaś napiszę tak
*Grę w monarchię wygrywają ci, którzy zabiegają najskuteczniej o dobro własnej dynastii. Dobro Ojczyzny jest dla monarchicznej gry irrelewantne. Tego systemu nie da się naprawić, dlatego należy docelowo zamienić go na demokrację*

Oczywiście ostatniego zdania czołówki nie da się tak prosto, sensownie sparafrazować, ale na potrzeby zwłaszcza katolickiego czytelnika można by napisać np. *Dobrze pokazał to przebieg schizmy anglikańskiej*

Rozciągnijmy tymczasem naszą parafrazę na kilka dalszych, kluczowych zdań tekstu.
*W monarchii (demokracji) najważniejszą rolę odgrywają dynastie (partie). Władcy państw (liderzy partyjni), nawet jeżeli są ludźmi przekonanymi o konieczności służby Bogu i Ojczyźnie, muszą brać pod uwagę dobrostan samej dynastii (partii), bo to jedyne narzędzie, którym w tym systemie mogą zrealizować właściwy cel polityki, czyli troskę o wspólnotę.

Innymi słowy, dbanie o dobrostan dynastii (partii) urasta do rangi jednego z głównych celów strategicznych każdego panującego. Byłoby sytuacją idealną, gdyby dobro Ojczyzny było tożsame z dobrem dynastii (partii). Tak jednak nie zawsze jest. Są sytuacje, w których dobro Ojczyzny wymaga czegoś innego, niż dobrostan dynastyczny (partyjny)*

W tym momencie zostawmy zabawę w parafrazę i przejdźmy do dalszych części tekstu red. Chmielewskiego. Sedno wielu kolejnych akapitów, omawiających zachowania Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna przed II turą wyborów prezydenckich, zostaje wyłożone w poniższym fragmencie:

❝W sumie zatem ani Sławomir Mentzen, ani Grzegorz Braun, nie przekazali Karolowi Nawrockiemu poparcia szybko i wprost, starając się w ten sposób zmaksymalizować szansę na jego zwycięstwo. Przyjęli inną taktykę. Dlaczego?

Sądzę, że ich decyzje były motywowane samą logiką systemu partyjnego demokracji parlamentarnej, w którym to systemie są zmuszeni do nieustannego ważenia dwóch dóbr – dobra Ojczyzny oraz dobra własnej partii ❞

Red. Chmielewski stawia sprawę jasno – niezależnie co kto sądzi o Nawrockim, należało szybko i jednoznacznie poprzeć go w II turze żeby zminimalizować ryzyko zwycięstwa Trzaskowskiego. Z drugiej strony usprawiedliwia Mentzena i Brauna pisząc, że w logice demokratycznej ich zwlekanie czy brak jednoznacznego wsparcia dla Nawrockiego były jak najbardziej zrozumiałe, bo przeciwne działanie prowadziłoby do osłabienia własnej podmiotowości politycznej.

❝Dlatego Sławomir Mentzen i Grzegorz Braun zrobili jedyne, co mogli zrobić, chcąc z jednej strony zadbać o dobro Ojczyzny, a z drugiej o dobro własnej partii, w tym drugim przypadku przyjmując reguły gry demokracji parlamentarnej ❞

Wszystko to prowadzi red. Chmielewskiego do następujących wniosków: ❝ Ostatecznie w przestrzeni czystej mechaniki systemowej, grę w partyjną demokrację parlamentarną wygrywa ten, kto maksymalizuje potęgę własnej partii. Interes Ojczyzny nie jest w tej grze w ogóle istotny! Ba, jeszcze gorzej: interes Ojczyzny w tej grze często po prostu przeszkadza ❞

Wreszcie przechodzi on do konstatacji: ❝Sądzę, że partyjna demokracja parlamentarna jest system wewnętrznie zepsutym i po prostu złym. Dlatego powinna zostać zamieniona na inny system, który pozwalałby zachować maksymalnie największą zbieżność dobra podmiotu rządzącego z dobrem Ojczyzny. Historycznie można wykazać, że za taki system mogłaby być uważana monarchia, zwłaszcza monarchia dziedziczna. W sytuacji, w której król ma całkowitą pewność kontrolowania władzy aż do końca życia, a później przekazania jej osobie, która będzie tę władzę sprawować dalej, nie zachodzi konieczność zabiegania o głosy ludu, która to konieczność w demokracji parlamentarnej, jako ściśle związana z dobrostanem partii, jest właściwym źródłem nakłaniania polityków do ignorowania dobra Ojczyzny ❞

Zanim przystąpię do rozprawy z powyższym wywodem muszę zaznaczyć, że niezwykle cenię sobie publicystykę i opinie red. Chmielewskiego na tematy wewnątrzkościelne. Jest bardzo dobrym i wnikliwym, a przede wszystkim trzeźwym, realistycznie oceniającym sprawy znawcą w tym obszarze. Uwidoczniło się to m. in. podczas relacjonowania i omawiania tegorocznego konklawe.

Niestety, ów realizm i pragmatyzm w spojrzeniu na sprawy polityki wewnątrzkościelnej wyparowuje gdy przechodzimy do zagadnienia systemów politycznych. Tutaj, poruszając się na innym gruncie, staje się red. Chmielewski dosyć typowym przedstawicielem tradycjonalistycznego konserwatyzmu, w którym, niestety, wiara w moc politycznych zaklęć góruje nad rzeczową analizą zjawisk. Dlatego jego artykuł jest dla mnie dobrym pretekstem do zajęcia się szerszym spektrum owej mitologii, jaka króluje wśród sporej części „integralnej prawicy”. Spróbujmy owe mity zatem sformułować i po kolei się do nich odnieść.

1️⃣ *Monarcha może podejmować decyzje i rządzić w oparciu o dobro wspólnoty, bez oglądania się na nastroje społeczne, słupki poparcia*

Nigdy, w żadnym czasie i pod żadną szerokością geograficzną nie było to prawdą. Każda władza jest zagrożona buntem poddanych lub obywateli, w każdym systemie politycznym długotrwałe rządzenie wbrew tym, którymi się rządzi, jest praktycznie niemożliwe. Żaden władca nie był i nie jest niezależny od opinii otaczających go ludzi i ich nastrojów, stanów ich świadomości, wreszcie – od rywalizacji mnóstwa sprzecznych interesów. Jego decyzje są wypadkową splotu najróżniejszych czynników, w których presja poddanych, zarówno prostego ludu jak i warstw wyższych, dworu, możnych rodów czy interesów własnej rodziny jest jednym z kluczowych czynników. Historia monarchii pełna jest buntów, przewrotów pałacowych, walk dworskich koterii, intryg snutych przez możnowładców, skandali obyczajowych z wyraźnym tłem politycznym, etc.

Nie wiem w związku z tym skąd autor tekstu, podobnie jak wielu innych tradycjonalistów, bierze przekonanie, że w takich warunkach monarchowie byli w stanie podejmować bardziej optymalne dla powierzonej sobie wspólnoty decyzje, niż rządzący w ustroju parlamentarnym. Skąd przekonanie, że atmosfera panująca na typowym dworze królewskim była o wiele zdrowsza i pozwalała podejmować bardziej roztropne decyzje, niż w systemie demokratycznym? Oczywiście można w to wierzyć, ale w żaden sposób nie można tego udowodnić, bo znana nam historia imperatorów, królów, książąt i okoliczności sprawowania przez nich władzy przeczą baśniowej wizji monarchii, jaką roztaczają integralni konserwatyści. Jest to wizja monarchii rodem z legend czy bajek dla dzieci.

Jak bardzo opinia publiczna może wpłynąć na los monarchii przekonał się boleśnie jeden z najwybitniejszych władców w naszej historii, a nie mieliśmy ich niestety zbyt wielu, Bolesław Śmiały. Jego historia jest oczywiście przykładem dosyć skrajnym, związanym z ostrym kryzysem władzy monarszej, ale bynajmniej nie jakoś szczególnie wyjątkowym na tle historii władców na świecie. Opozycja i walki frakcji występują nie tylko w parlamencie, ale również na wiecach plemiennych, w walkach koterii na dworach czy pomiędzy stronnictwami skupionymi wokół możnych rodów. Również między ruchami religijnymi zmieniającymi porządek społeczny… wymieniać by można bez końca.

Co więcej, nawet polityka wewnątrz współcześnie funkcjonujących monarchii realnych (których jest w porywach kilkanaście na świecie, bo np. zachodnioeuropejskich monarchii „dekoracyjnych” nie sposób tu zaliczyć) jest tego żywym świadectwem. Najsilniejsza monarchia realna dzisiejszego świata, Arabia Saudyjska, jest państwem, w którym polityka rządzącej dynastii bywa często korygowana o nastroje arabskiej ulicy, choćby w wymiarze spraw międzynarodowych. O rozgrywkach wewnątrz samej dynastii Saudów, determinujących kluczowe kwestie jeśli chodzi o funkcjonowanie samego państwa, nie wspominając.

Dopiero systemy totalitarne podjęły próbę trwałego zmierzenia się z tym problemem każdej władzy, jaką jest podatność na presję społeczną, chcąc sprawować ją niepodzielnie. Dlatego w systemach totalitarnych nieustanne panowanie nad nastrojami społecznymi, nad stanem świadomości obywateli, jest podstawą ich funkcjonowania. W istocie, najbardziej znanym współcześnie systemem politycznym, w którym władza dziedziczona jest z ojca na syna, a zarazem wydaje się być owa władza uwolniona od konieczności brania pod uwagę nastrojów społecznych, ponieważ sama nad nimi skrupulatnie, na każdym poziomie, panuje, jest system północnokoreański. Nie sądzę jednak, żeby komunistyczna tyrania dynastii Kimów była tą rzeczywistością polityczną, o którą chodzi katolickim tradycjonalistom.

Oczywiście nadmieńmy, że w systemie monarchicznym król nie podejmuje wszystkich, a nawet większości decyzji, samemu. Władza deleguje rozmaite uprawnienia i zadania na niższe szczeble. Tutaj tym bardziej dostrzegamy, że pewne prawidła polityki są bardzo podobne, niezależnie od epoki i od tego czy żyjemy w ustroju monarchicznym, arystokratycznym, oligarchicznym, republikańskim czy demokratycznym. Poncjusz Piłat, skazując Chrystusa na śmierć, brał pod uwagę nastroje społeczne w Jerozolimie, mimo że jego stanowisko nie pochodziło z wyboru, a z cesarskiego mianowania. Cesarz Tyberiusz zaś, kalkulował sobie słusznie, pod względem politycznym, Piłat, nie byłby zadowolony z konieczności pacyfikowania kolejnego buntu na peryferiach imperium. Sprawiedliwość w systemie monarchicznym okazała się bardzo podatna na nastroje tłumu i nie jest to bynajmniej historyczny wyjątek.

W tak sformułowanym micie odnośnie monarchii jest wreszcie zaszyte założenie, że nastroje społeczne są z gruntu złym doradcą, jeśli chodzi o podejmowanie roztropnych z punktu widzenia dobra wspólnego decyzji. Tymczasem owe nastroje są po prostu jednym z czynników, jakie trzeba brać pod uwagę. Nie należy ich z góry odrzucać, za każdym razem powinny być poddane roztropnemu namysłowi. Czasami słusznie wskazują na realny, palący problem wspólnoty, z którym rządzący powinien się zmierzyć.

Tak jest w każdym ustroju. Silny, dobrze ukształtowany lider demokratyczny potrafi się, prącym w złą stronę, nastrojom przeciwstawiać i podejmować niepopularne decyzje, na co również znajdujemy historyczne przykłady. Słaby, chwiejny monarcha będzie nastrojom ulegał. Niezależnie czy będą to np. żądania płacowe drużyny jeźdźców Rohanu, czy podszepty Gadziego Języka.

2️⃣ *Monarcha nie musi nieustannie zabiegać o poparcie dla swojej partii, więc jego decyzje mają większy potencjał dla realizacji obiektywnego dobra powierzonej mu wspólnoty*

Mamy tu do czynienia z kilkoma przekłamaniami. Przede wszystkim sugeruje się, że królowie potrafili, potrafią i będą potrafili rozpoznać oraz realizować dobro wspólnoty znacząco lepiej niż jej przedstawiciele wyłonieni w ramach procedur demokratycznych. Powtórzę, można w to wierzyć ale nie istnieją żadne, miarodajne parametry, za pomocą których można by taką tezę ponad wszelką wątpliwość udowodnić. Monarchowie bywali bardzo różni, naprawdę wybitni zaś stanowili w dziejach każdego państwa niewielką mniejszość, spośród długiej listy panujących.

Co więcej, utarło się, że historia poszczególnych państw z rzadka nadaje władcom bardzo, nazwijmy to, entuzjastyczne przydomki… W historii starożytnego Rzymu odnotowujemy np. stulecie „pięciu dobrych cesarzy” z dynastii Antoninów. Zasługujących na uznanie było niewątpliwie co najmniej kilku więcej, niechby ich liczba doszła nawet do kilkunastu… ale przecież spośród ogólnej liczby aż siedemdziesięciu rzymskich imperatorów! Typowa historia poszczególnych dynastii wyróżnia zbliżoną liczbę monarchów wybitnie zasłużonych co wybitnie złych, czasami wręcz szalonych, których rządy były tragiczne dla wspólnoty. Zaś największą liczbę stanowi zastęp władców często miernych, słabych, chwiejnych, niezbyt lotnych umysłowo, czy po prostu przeciętnych.

Co by nie mówić o systemie demokratycznym, rywalizacyjny charakter zdobywania władzy w ramach jego procesów premiuje jednak jednostki pod niektórymi chociaż względami ponadprzeciętne. Władzę w partii a potem w państwie trzeba sobie wypracować, wywalczyć. Oczywiście, tradycyjna krytyka demokracji wystąpi zaraz z zarzutem, że sam charakter owej walki jest demoralizujący ale… no właśnie, czy dworskie wychowanie z góry gwarantuje nam coś przeciwnego?

Otóż nie, a lista fatalnie zapowiadających się następców tronu, którzy potem stawali się nie mniej fatalnymi władcami, bo przecież inaczej być nie mogło, jest długa. Jakie jest prawdopodobieństwo, że w wyniku procesów rywalizacyjnych władzę obejmie człowiek z silnym, przywódczym charakterem? Wysokie. A jakie jest prawdopodobieństwo, że takowym się ktoś urodzi? Nie znam precyzyjnej odpowiedzi na to pytanie, natomiast znajomość historii i zdrowy rozsądek podpowiadają, że silne przywództwo pochodzące z urodzenia jest zawsze loterią, w której wygrana trafia się rzadziej niż częściej.

Wreszcie, powiedzmy sobie jasno, zarządzanie państwem w XXI wieku jest jednak czymś zasadniczo odmiennym od zarządzania w czasach, gdy 90% społeczeństwa żyło na wsi, a gońcy konni stanowili najszybszą formę komunikacji. Rewolucja technologiczna i postępujące wraz z nią zmiany społeczne dały niesamowity skok możliwości, mobilności i zamożności. Zarazem postawiły przed państwem takie zagadnienia jak cyberbezpieczeństwo, wielokrotnie bardziej skomplikowany świat operacji finansowych, gospodarczych, złożonych zjawisk społecznych, masowych ruchów migracyjnych, nieustannej, skoordynowanej polityki informacyjnej, którą musi prowadzić państwo, skoordynowanej pracy wielu służb, instytucji, agend rządowych.

Polityka wewnętrzna i międzynarodowa wymaga całych zastępów specjalistów, którzy powinni być koordynowani przez kompetentnych menedżerów. Tempo międzynarodowego wyścigu technologicznego sprawia zaś, że każdy zmarnowany w tym zakresie rok jest dla każdego państwa bardzo bolesny w skutkach. Powiedziawszy to wszystko, spróbujmy sobie wyobrazić kilkadziesiąt lat panowania nieusuwalnego monarchy, który wyzwań współczesności nie rozumie i mocą posiadanej władzy blokuje możliwości rozwojowe kraju…

3️⃣ *Dobro panującego i dobro dynastii jest tożsame z dobrem wspólnoty, nad którą on panuje*

Czym dla polityka demokratycznego partia, tym dla dziedzicznego monarchy dynastia. Obydwie struktury są kośćcem, rdzeniem danego systemu politycznego. Niemniej, nie kojarzę z historii przypadku, w którym lider partyjny w imię interesów swojego ugrupowania posunąłby się aż do dokonania rozłamu religijnego. Co innego Henryk VIII, którego problemy ze spłodzeniem męskiego potomka i wiernością małżeńską doprowadziły do powstania kościoła anglikańskiego oraz wojen religijnych. Czy król Anglii stawiał interes powierzonej mu wspólnoty na pierwszym miejscu? Wolne żarty.

Nie trzeba zresztą aż tak daleko szukać za granicą. Król Henryk Walezy uciekł z Polski krótko po wyborze, żeby zadbać o interesy własnej dynastii we Francji. Król Zygmunt III przez co najmniej pierwszą część panowania w Polsce najbardziej przywiązany był do sprawy dynastycznego tronu Wazów w Szwecji. Królowie z dynastii saskiej traktowali Rzeczpospolitą jak dojną, aczkolwiek zawsze mniej czy bardziej obcą, krowę. Oczywiście, zaraz mi konserwatywni polemiści odpowiedzą, że tu cały problem był z faktem, że nie mieliśmy po Zygmuncie Auguście własnej, narodowej dynastii. Ale przecież i wcześniej różnie bywało.

Wśród przyczyn nieudanego oblężenia Malborka po bitwie grunwaldzkiej wymienia się niechęć Jagiełły do nadmiernego wzmocnienia Królestwa Polskiego względem Wielkiego Księstwa. Wybitny i zasłużony, skądinąd, król chciał zadbać o swoje interesy dynastyczne. Niestety, kosztem, być może, przedłużenia funkcjonowania Zakonu Krzyżackiego i odroczenia o kilkadziesiąt lat polskiego dostępu do Bałtyku.

Przejdźmy jednak do przykładu najbardziej jaskrawego w naszej historii, do dramatu rozbicia dzielnicowego, które było przecież kwintesencją średniowiecznych stosunków monarchicznych. Kiedy następca carów, jedynowładca rosyjski Putin mówi, że rozpad ZSRR był „największą katastrofą geopolityczną XX wieku”, to ja napiszę, że rozbicie dzielnicowe, które dokonało się w XII wieku, stanowiło drugą po rozbiorach, największą katastrofę geopolityczną w dziejach Polski. Porównywalną być może jeszcze tylko z potopem rosyjskim i szwedzkim w XVII w. oraz II wojną światową. Katastrofę w jakiejś mierze „odwróconą” dopiero po 800 latach, w 1945 roku i to jak olbrzymim kosztem. Rozbicie dzielnicowe nie było zaś niczym innym jak realizacją zasady, że interesy dynastii stoją ponad interesem Ojczyzny.

Jeśli spojrzymy na problem szerzej w skali, powiedzmy, europejskiej, to zobaczymy przez tysiące lat setki tysięcy a może nawet miliony trupów i ogromnych zniszczeń, jakie zafundowały wspólnotom narodowym i lokalnym wojny dynastyczne. Setki jeśli nie tysiące było mniej drastycznych wydarzeń, w których interes i dobrostan wspólnoty szedł w odstawkę wobec interesów domu panującego.

Nie twierdzę że demokracje nie prowadzą wojen i nie odpowiadają za ogromne zniszczenia oraz zbrodnie. Najbardziej demokratycznie rządzone państwo Bliskiego Wschodu urządza od dłuższego czasu regularne ludobójstwo na oczach całego świata. Nie znajduję natomiast powodu żeby pod kątem „dbałości o wspólnotę” jakoś szczególnie nobilitować polityczną instytucję dynastii i wynosić ją ponad inną polityczną instytucję, jaką jest partia.

4️⃣ * Monarcha wyraża jedność, spaja kraj, z kolei demokratyczne podziały osłabiają go i prowadzą do nieustannej, politycznej „wojny domowej”, walki wszystkich ze wszystkimi*

Ów czwarty argument czy mit nie pada wprost ani nawet w sugestii w tekście red. Pawła Chmielewskiego ale postanowiłem go przytoczyć, bo często bywa używany, a sam uważam go za jeden z sensowniejszych zarzutów kierowanych wobec demokracji. Co więcej, odpowiedź na ów argument stanowi dobry punkt wyjścia do podsumowania i ostatecznego powiedzenia sobie, co w tradycjonalistycznie zorientowanej dyskusji o systemach politycznych stanowi o rdzeniowym błędzie.

Tak, demokracja związana jest z nieustanną, otwartą rywalizacją wewnętrzną, która często przybiera niekontrolowany i szkodliwy dla wspólnoty charakter. W rywalizację tą zaangażowane są olbrzymie liczby mieszkańców państwa, często, mniej czy bardziej intensywnie, nawet większość społeczeństwa. Jest to kluczowa zmienna, bo poza tym nie zmieniło się aż tak wiele. Po prostu rywalizacja polityczna wyszła poza pałace, dwory, salony i kurie, przybrała charakter masowy, otwarty, publiczny, ludowy, powszechny. Niemniej, nowożytna demokracja nie jest przyczyną umasowienia rywalizacji politycznej, jak sądzi mylnie wielu tradycjonalistów. Ona jest jej skutkiem.

Społeczeństwa dojrzały do buntu przeciwko absolutnym królom i dziedzicznym rządom nielicznej arystokracji wtedy, gdy szerokie masy zaczęły postrzegać się jako podmiot debaty publicznej. Broszury i poglądy demokratyczne nie tkwiły jednak w sednie rewolucji jaka dokonała się w XVIII i XIX wieku w Europie, a w niektórych zakątkach świata wciąż trwa czy niedawno się zaczęła. Sednem owej rewolucji był sam fakt zaistnienia masowych form komunikacji. Masowe ruchy polityczne o charakterze liberalnym, nacjonalistycznym, socjalistycznym i każdym innym narodziły się tylko dlatego, że najpierw powstał „rynek” masowego odbiorcy takich treści, takich poglądów, takich organizacji.

To nie Rewolucja Francuska sprawiła, że w ciągu następnych 120 lat większość Europejczyków z poddanych zmieniła się w obywateli. Dokonały tego… książki, broszury, gazety. Możliwość uczestnictwa w debacie publicznej zrodziła potrzebę artykułowania własnych opinii a te opinie wyrażamy tym chętniej, jeśli dotyczą naszych interesów. Stąd już tylko o krok od organizowania się w celu realizowania owych interesów i prowadzenia walki politycznej w ich imię. W istocie, demokratycznego „dżina z butelki” wypościł pierwotnie, nie mając o tym zresztą bladego pojęcia, nie kto inny jak Jan Gutenberg, XV- wieczny wynalazca druku.

Przy okazji jednak odnotujmy, że spora część demokracji zachodnich, w których zmiana reżimu politycznego nie odbyła się gwałtownie a ewolucyjnie, uznała ów tradycjonalistyczny argument o monarsze jako symbolu jedności narodowej, potrzebnym również w rywalizacyjnej demokracji. Stąd „monarchie dekoracyjne” w Wielkiej Brytanii, Belgii, Luksemburgu, Holandii, Danii, Szwecji, Norwegii czy Hiszpanii (tu trochę burzliwsza historia ale z grubsza wyszło finalnie na to samo, więc zaliczamy).

Tak, zgadzam się, potrzebujemy instytucjonalnych symboli jedności, ciągłości, tożsamości narodowej. Monarchia mogłaby, być może, spełniać taką rolę, tym bardziej gdy obserwujemy gwałtowną erozję pozycji Kościoła w tym zakresie. Ostatnimi, powszechnie uznawanymi przez nasze społeczeństwo „monarchami kulturowymi” byli niewątpliwie kard. Stefan Wyszyński i papież Jan Paweł II. Ich jednak już dawno nie ma i nic nie wskazuje by jakiś duchowny mógł w dającej się przewidzieć przyszłości choć zbliżyć się do pozycji, jaką zajmowali w umysłach Polaków.

Nie jestem w związku z tym jakimś radykalnym przeciwnikiem „monarchii dekoracyjnej” jako potencjalnego symbolu zjednoczenia narodowego. Nie widzę natomiast dobrych pomysłów na realizację takiego przedsięwzięcia żeby osiągnęło ono cel jednoczący, zamiast wzmacniający podziały. Nie widzę kandydatów, społecznego zapotrzebowania, możliwości realizacji.

Nie jestem również przeciwny by z urzędu prezydenta, jak sugeruje red. Chmielewski, uczynić taki quasi-monarszy organ w naszym ustroju. Miałoby się to odbyć poprzez ustanowienie jednej ale za to bardzo długiej kadencji, co miałoby wynieść prezydenta ponad bieżącą walkę polityczną.

Nie jestem radykalnym przeciwnikiem żadnego z tych rozwiązań, choć mocnym sceptykiem co do szansy powodzenia któregokolwiek z nich. Niewątpliwie łatwiej byłoby ewentualnie transformować urząd prezydenta. Nie mam natomiast żadnej wątpliwości, że król czy prezydent, którzy mieliby być symbolami narodowej jedności, musieliby pełnić funkcję o charakterze reprezentacyjnym, tak jak w monarchiach zachodnich. Nie da rady pozostawić w ręku monarchy realnej władzy i jednocześnie wynieść go poza bieżącą rywalizację polityczną odbywającą się w warunkach masowej wojny informacyjnej. Bo ta rywalizacja nie wynika z demokracji a z istoty systemu komunikacyjnego w jakim żyjemy.

Na zakończenie tej polemiki, która rozrosła się już do gargantuicznych rozmiarów, pragnę podkreślić dwie rzeczy. Nie było sensownej alternatywy dla realnej monarchii w Polsce aż do XIX wieku. Podobnie jak w przygniatającej większości państw na świecie przez większość historii ich trwania. Bardzo ubolewam nad słabą pozycją monarchów w systemie politycznym naszego państwa między XV a XVIII wiekiem. Trudno wycenić ile szkód naszej wspólnocie politycznej przyniosła owa słabość.

Dlatego, powtórzę, ciężko mnie określić przeciwnikiem monarchii. Jest dla mnie najzupełniej oczywiste, że przez większą część istnienia instytucji państwa była ona jedynym, możliwym rozwiązaniem ustrojowym dla większości wspólnot na świecie. Niemniej, zmiany społeczne, komunikacyjne, gospodarcze trwające od kilkuset lat dramatycznie zmieniły ten stan rzeczy.

Słabość naszej monarchii była jednym z czynników, które w XVIII wieku zdecydowały o zniszczeniu państwa polskiego przez sąsiednie mocarstwa. Dziejowy pech trwał, bo wskutek rozbiorów ominął nas etap początków budowy nowożytnych demokracji w XIX wieku. II RP trwała za krótko i nie byliśmy w stanie nadgonić zapóźnień. Potem zaś na 45 lat zostaliśmy przygnieceni sowiecką dominacją i komunistyczną dyktaturą. Od 35 lat budujemy jakoś tę naszą polską wersję liberalnej demokracji na wzór zachodni. Wychodzi tak sobie, bo Konstytucja obowiązuje od roku 1997, a już od manipulacji wokół Trybunału Konstytucyjnego w 2015 weszliśmy w pogłębiający się od dekady proces kryzysu ustrojowego.

Tym razem jednak jesteśmy już, po raz pierwszy od być może pół tysiąca lat, ustrojowo w miarę „na czasie”. Nowożytna demokracja liberalna kończy swój żywot wszędzie, gdzie istnieje, a przyczyna tego zjawiska jest podobna jak i przyczyna jej narodzin 200 lat temu – zachodzą gwałtowne zmiany społeczne, następujące w efekcie kolejnej rewolucji komunikacyjnej. Niemniej, tradycyjnej monarchii w dającej się przewidzieć przyszłości z tego nie będzie… ale to już temat na książkę, którą mam nadzieję wkrótce ukończyć.

Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.