Bywa w historii tak, że zmiany nie przychodzą z hukiem. Skradają się po cichu, jak – nie przymierzając – mróz, który najpierw łapie trawę, potem ziemię, a na końcu człowieka za kołnierz. I dopiero wtedy, gdy oddech staje się białą chmurą, człowiek orientuje się, że zima przyszła naprawdę.

Tak właśnie dzieje się dziś z polskim rynkiem pracy. Dane z Głównego Urzędu Statystycznego z końca ubiegłego roku są jak pierwszy lodowaty podmuch: liczba bezrobotnych wzrosła o 68 tysięcy w ciągu roku – to najgorszy wynik od 2016 roku. W województwie łódzkim stopa bezrobocia przekroczyła już 7,8%, a w niektórych powiatach, tam gdzie życie toczy się z dala od blasku fleszy, zbliża się do 20%. Nagle okazało się, że „rynek pracownika” – ten nasz dumny symbol ostatnich lat – zaczął się kruszyć jak lód na rzece w marcowe południe.

Od razu pojawiają się pytania. Czy znów zaczyna się „czas pracodawcy”, w którym przed bramą zakładu stoją ludzie, a nie wiszą oferty pracy? Nie napawa również optymizmem wynik styczniowego sondażu CBOS. Prawie połowa Polaków – 48 procent – źle ocenia sytuację w kraju, uważając, że zmierza ona w niewłaściwym kierunku. Przeciwnego zdania jest 30 procent. Pozostałe 22 procent nie ma wyrobionej opinii.

Ale felieton nie byłby opowieścią, gdybyśmy poprzestali na suchych cyfrach. Bo dane są jak kamienie: twarde, ale same z siebie milczą. Trzeba je obrócić w dłoni, obejrzeć pod światło, posłuchać, co szumi między nimi. I wtedy zaczynają się pytania. Dlaczego firmy nagle przestały zatrudniać? Dlaczego przetargi publiczne wyglądają tak, jakby ktoś pisał je pod dyktando jednego, konkretnego wykonawcy? Dlaczego polski producent, choćby i najlepszy, nie może nawet złożyć oferty, odbijając się od ściany biurokracji?

O rolnictwie i umowie Mercosur pisaliśmy już na łamach Pressmanii, więc nie będę powtarzał całej opowieści. Wystarczy przypomnieć, że mechanizm jest ten sam: tani, niekontrolowany import wypycha lokalnych wytwórców, a państwo zamiast chronić własne szańce, zajmuje się widowiskiem.

Bo oto mamy drugą warstwę tej historii – miękką, ale nie mniej ważną. Warstwę igrzysk. Władza, każda władza, kocha spektakl. Jest on wdzięczny, bo nie wymaga ani planu, ani odwagi. Wystarczy mikrofon, kamera i przeciwnik, którego można obrzucić błotem. Podczas gdy na ekranach trwają debaty o symbolach i rozliczanie przeszłości, w realu cichną maszyny w łódzkich szwalniach. Gospodarka, ta cicha i uparta, nie lubi spektaklu. Ona lubi spokój, przewidywalność i pracę od świtu do zmierzchu. Kiedy instytucje słabną, a państwo bawi się w teatr, w puste miejsca wchodzi drugi obieg, szara strefa i ludzie, którzy wolą pracować na czarno niż czekać na urzędowe jałmużny. To nie teoria. To mechanizm stary jak sama Rzeczpospolita.

Mój ulubiony Paweł Jasienica przypominał wielokrotnie, że każda potęga, która zapomniała o swoich rzemieślnikach na rzecz dworskich intryg, kończyła jako smutny przypis w historii.

Dziś na przystankach, w sklepach i na halach produkcyjnych słychać to samo pytanie, zadawane półgłosem: Czy rządzący naprawdę nie potrafią rządzić? Czy robią to z premedytacją? Czy może po prostu balują, bo łatwiej jest robić show, niż budować drogi, fabryki i sensowne prawo pracy? Nie chodzi o to, by dziś na nie odpowiadać. Samo jego pojawienie się jest sygnałem alarmowym. Bo kiedy społeczeństwo zaczyna wątpić w elementarną powagę władzy, zaufanie – ten najdelikatniejszy z ustrojowych materiałów – zaczyna pękać.

I jak zwykle najciężej będzie młodym. Tym, którzy wchodzą na rynek i zamiast obiecanych szans dostają konkursy na staż za 2 755,10 zł – kwotę, która w większym mieście ledwo pozwala opłacić pokój i bilet miesięczny. Jeśli nic się nie zmieni, rynek pracodawcy utrwali się na lata. Znamy to z autopsji: płace staną w miejscu, małe firmy znikną szybciej niż osiedlowe sklepiki w latach 90., a wieś znów zacznie się wyludniać.

Państwo, zamiast gospodarować, będzie musiało gasić pożary, które samo rozpaliło. Ale historia nie jest wyrokiem. Można jeszcze zawrócić. Można znów postawić na tych, którzy naprawdę tworzą wartość – na wytwórców, rolników, ludzi pracy. Państwo, które nie chroni własnych rąk i własnych warsztatów, prędzej czy później zostaje z pustymi rękami.

A my przecież nie chcemy gawędy o upadku. Chcemy opowieści o odwróceniu losu. Pytanie tylko, czy zdążymy zmienić scenariusz, zanim mróz skuje wszystko na kamień?

Zbigniew Grzyb

z serii PITOLENIE STAREGO GRZYBA🍄