Dlaczego rolnik z Podlasia i gaucho z Pampy jadą na tym samym wózku?
Czy umowa handlowa może być nagraniem z przyszłości? Takim, które ktoś puścił nam przed czasem, żebyśmy zobaczyli, dokąd zmierzamy, zanim jeszcze ruszyliśmy w drogę. Zwykle bywa przecież odwrotnie: człowiek najpierw jedzie, potem się dziwi, a na końcu mówi, że „nikt nie ostrzegał”.
Impulsem do napisania tego tekstu był film Leviego Borby – Brazylijczyka mieszkającego w Warszawie, który od lat patrzy na Europę i Amerykę Południową jednocześnie, z dwóch stron lustra. Borba nie jest internetowym komentatorem od sensacji. Wychował się w realiach Mercosur, zna tamtejsze rolnictwo i przemysł od środka, a od 2017 roku żyje w Polsce, rozumiejąc nasze lęki, nadzieje i specyfikę rynku. Jako przedsiębiorca i analityk potrafi łączyć oba światy bez egzotyki i bez propagandy. I dlatego jego ostrzeżenie nie brzmi jak ciekawostka z dalekiego kontynentu, lecz jak relacja kogoś, kto ten proces widział – od początku do końca – i zna jego finał.
A uderza w tym filmie najbardziej to, że nie brzmi on jak opowieść o Brazylii czy Argentynie. Brzmi jak nagranie z przyszłości Europy, które dotarło do nas wcześniej, zanim zdążyliśmy je nagrać sami. Jakby ktoś nam tu przyniósł kasetę z podpisem: „Odtwórz, zanim podpiszesz”.
Autor nie straszy brazylijską wołowiną ani argentyńską soją. On opisuje proces. Proces, który u nich już się dokonał, a u nas dopiero zaczyna przybierać formę zapisów w umowach i załącznikach. To, co dla nich jest zamkniętym rozdziałem, dla nas staje się scenariuszem pisanym na naszych oczach. I dlatego warto zapytać nie „czy”, tylko „gdzie naprawdę leży problem”.
Od razu powiem, żeby ktoś mi tu nie przyszył, że ja lekceważę sprawę jakości żywności. Nie lekceważę. Tyle tylko, że spory o „kurczaki z antybiotykami” czy „chemię z Mercosur” są medialnie nośne, ale wygodne jak zasłona dymna. One pozwalają skupić się na etykietach i normach, zamiast na strukturze rynku. Unijne regulacje sanitarne będą filtrem dla wielu rzeczy i dobrze, że będą. Tylko że sedno zaczyna się tam, gdzie kończy się rozmowa o składzie mięsa, a zaczyna rozmowa o skali, kapitale i władzy nad rynkiem.
Bo zagrożeniem nie jest to, co przypłynie do Europy, lecz kto to produkuje i w jakim modelu gospodarczym. To nie jest konkurencja między rolnikiem z Podlasia a rolnikiem z Pampy. To jest konkurencja między człowiekiem pracującym na ziemi a machiną operującą kapitałem, algorytmami i optymalizacją podatkową. Jedna strona gra w kaloszach na glinie, druga w Excelu i satelitach. I tu się kończy romantyczny obraz „zdrowej konkurencji”, bo romantyzm nie ma zastosowania do bilansu rocznego.
Zresztą w Ameryce Południowej to się już wydarzyło. Tradycyjni rolnicy zostali wypchnięci z ziemi na długo przed tym, zanim Europa zaczęła poważnie debatować o umowie UE–Mercosur. Gauchos nie przegrali z innymi ludźmi, tylko z koncentracją kapitału, technologią i skalą, które w kilka lat potrafią zmienić krajobraz bardziej niż stulecia historii. I jak ktoś tego nie widział na własne oczy, to mu się wydaje, że przesada. A to nie przesada, tylko tempo – tempo przemiany świata w tabelkę.
I tu dochodzimy do rzeczy, o której mało kto chce mówić wprost, bo ona źle wygląda w telewizji. Polski rolnik nie stanie naprzeciwko Brazylijczyka. Stanie naprzeciwko globalnych graczy handlu surowcami rolnymi, tych od całych łańcuchów dostaw, co to nimi się kręci świat – ADM, Bunge, Cargill, Dreyfus, Glencore i im podobni. Nazwy brzmią jak zaklęcia, ale to nie magia, tylko rachunek: kapitał większy niż budżety wielu państw, działania ponad granicami, ponad kontrolą, a czasem i ponad przyzwoitością. To przeciwnik, który nie ma twarzy, bo twarz by się mogła spocić ze wstydu, a algorytm się nie poci.
Ktoś powie: „no dobrze, ale przecież oni mają po prostu lepsze warunki, słońce, przestrzeń, skalę”. Owszem – mają. Tylko że przewaga nie bierze się wyłącznie z pogody. Bierze się z połączenia skali, optymalizacji podatkowej, technologii satelitarnej i monokultur, które często są oparte na dewastacji środowiska. I tu jest paradoks, od którego człowiekowi robi się kwaśno w ustach: Unia Europejska oficjalnie potępia wylesianie, a jednocześnie potrafi nagradzać efekty tego procesu dostępem do własnego rynku. To nie jest moralitet, to jest logika interesu, tylko że interes policzony cudzym kosztem.
Dlatego nie mówimy tu o wolnym rynku w naiwnym sensie, tylko o grze asymetrycznej. Europejski rolnik przegrywa, zanim wejdzie na boisko, bo mecz toczy się według zasad napisanych przez kapitał i skalę. To nie jest ekonomia w klasycznym sensie, to jest architektura dominacji. System, w którym wynik da się przewidzieć, zanim ktoś gwizdnie. I jeszcze nam się mówi, że to „naturalna selekcja”, a ja bym powiedział: selekcja, owszem, tylko że hodowlana – ktoś tu dobiera, kogo zostawić, a kogo wyprowadzić z obory.
A skoro tak, to konsekwencje są dość przewidywalne. Najpierw presja cenowa. Potem narastające długi. Potem sprzedaż ziemi, bo dług nie ma sentymentów. Szczególnie w krajach takich jak Polska, gdzie wiele branż rolnych już dziś balansuje na granicy opłacalności, a margines bezpieczeństwa bywa cienki jak opłatek. Ziemię przejmą ci, którzy mają kapitał i cierpliwość inwestora, nie gospodarza. A ludzie, którzy przez pokolenia żyli z ziemi, trafią do miast, gdzie czeka ich prekariat i praca bez stabilności. I wtedy się okaże, że to nie była „modernizacja”, tylko przesiedlenie – tylko bez wagonów.
I tu dochodzimy do tej metafory, od której tytuł. Favelizacja Europy. Ktoś powie: „panie, przesadza pan, u nas nie będzie brazylijskich faveli”. Ja się zgadzam: nie będzie identycznie, bo Europa ma inne instytucje, inne państwo, inny urbanizm. Ale mechanizm wykluczenia bywa wszędzie podobny: wypchnięcie ludzi z własności i z pracy, a potem zostawienie ich samym sobie. Forma będzie europejska, schludniejsza, bardziej „cywilizowana”: może to będą obrzeża miast, może wynajmowane klitki, może praca na śmieciówkach i życie „od pierwszego do pierwszego” – tylko że w garniturze, nie w blaszaku. Metafora jest mocna, bo ma boleć, ale sens jest prosty: gdy człowiek traci grunt pod nogami, to długo się jeszcze trzyma, a potem spada. Tylko jedni spadają w ciepłe poduszki, a inni na beton.
A co gorsza, ten proces często zaczyna się od czegoś, co ludzi nawet cieszy: od chwilowej taniości. Na początku ceny spadają, bo wielcy gracze mogą sobie pozwolić na mniejsze marże, żeby wyeliminować lokalną konkurencję. Kiedy konkurencja znika, ceny wracają – czasem szybciej i wyżej niż wcześniej – bo nie ma już kto równoważyć rynku. To mechanizm, który widzieliśmy przy ekspansji dyskontów: konsument ma taniej na chwilę, społeczeństwo płaci drożej na zawsze. I w dodatku płaci nie tylko pieniędzmi, ale i utratą niezależności, bo potem nie ma już alternatywy. Jak już zostanie jeden sklep na wsi, to on dyktuje wszystko, od ceny po humor sprzedawcy.
Ktoś powie: „no dobrze, ale Mercosur też na tym zyska, bo sprzeda więcej”. I tu znowu robi się ciekawie, bo Mercosur również przegrywa, tylko inaczej. Tak jak agro-giganci zniszczyli tamtejszych rolników, tak europejskie i globalne konglomeraty potrafią niszczyć ich rodzący się przemysł, zanim zdążył stanąć na własnych nogach. To nie jest umowa „win–win”. To jest często „lose–lose” dla ludzi pracy po obu stronach oceanu. Jedni tracą ziemię i godność gospodarza, drudzy tracą szansę na własny przemysł, własną wartość dodaną, własne miejsca pracy.
A Ukraina? Ukraina jest kolejnym elementem tej samej układanki, tylko w innej kolejności. Tam warstwa chłopska nie zdążyła się w pełni ukształtować, bo agroholdingi przejęły ziemię wcześniej. To nie tyle zniszczenie istniejącej struktury, ile jej niewykształcenie. Luka została od razu wypełniona kapitałem, nie lokalną wspólnotą. Efekt końcowy – koncentracja i zależność – jest podobny. A człowiek zależny zawsze jest tańszy. I zawsze mu się mówi, że to „postęp”, bo postęp najlepiej sprzedaje się tym, którzy mają w ręku kasę.
W efekcie Europa znajduje się w kleszczach dwóch modeli korporacyjnego rolnictwa i przemysłu, działających jak dwa ramiona tej samej prasy. Z jednej strony napiera tania, surowcowa produkcja z Mercosur. Z drugiej strony ekspansja towarowa z Ukrainy i krajów o podobnej strukturze. I nagle Europa coraz częściej wygląda jak peryferia we własnym domu: rynek zbytu, a nie miejsce, gdzie powstaje wartość i gdzie decyzje są podejmowane po ludzku. I jeszcze nam się powtarza, że „tak działa globalizacja”. Owszem, działa. Tylko pytanie brzmi: na czyją korzyść.
A gdy produkcja żywności trafia w ręce kilku globalnych firm, decyzja o tym, co jemy i za ile, przestaje zapadać w Warszawie czy Brukseli. I tu znowu uważam, żeby mi ktoś nie dopisał teorii spiskowych. To nie jest spisek. To jest logika koncentracji. Jeżeli pięć podmiotów kontroluje znaczną część łańcucha dostaw, to nie trzeba żadnego tajnego planu, żeby decyzje stały się funkcją optymalizacji marży i ryzyka. W takim układzie kryzys żywnościowy przestaje być wyłącznie skutkiem pogody czy wojny, a staje się również instrumentem nacisku, bo kto kontroluje kran, ten kontroluje wodę. A jak ktoś kontroluje wodę, to już nie musi krzyczeć – wystarczy, że zakręci.
Do tego dochodzi przewaga informacyjna, która działa jak broń. Agro-giganci wiedzą o suszy, popycie i cenach na trzech kontynentach, zanim rolnik z Podlasia zdąży wyjść z domu. Satelity i algorytmy analizują w czasie rzeczywistym, kiedy lokalny producent jest najsłabszy. I właśnie wtedy rynek dostaje towar, który go dobija. To nie jest rywalizacja między ludźmi, tylko starcie systemu z człowiekiem. A system jest cierpliwy: on nie musi wygrać dziś, wystarczy, że wygra za trzy sezony.
A gdy znika rolnik, nie zostaje „pusta ziemia”. Zostaje przemysłowy ugór zarządzany przez drony i Excela. Znika wieś jako wspólnota. Znika gwara, pieśń, zwyczaj i rytm życia, który budował polską tożsamość od średniowiecza. Krajobraz, który przez stulecia był tkanką kultury, zamienia się w monotonną przestrzeń produkcyjną. I nawet jeśli ktoś nie lubi wsi, to niech pamięta, że cywilizacja bez zakorzenienia robi się krucha jak szkło. Bo jak przyjdzie kryzys, to nie uratuje nas aplikacja, tylko to, co jeszcze mamy własnego.
W tym kontekście szczególnie podejrzanie brzmi narracja o „specjalizacji”: oni rolnictwo, my przemysł. Ja już gdzieś to słyszałem. Tak samo mówiono o Chinach. Oddamy produkcję, a my będziemy mądrzejsi, nowocześniejsi, usługowi. Tylko że oddanie całych sektorów gospodarki na zewnątrz nie jest specjalizacją, tylko zależnością. Outsourcing rolnictwa oznacza outsourcing bezpieczeństwa. A bezpieczeństwa nie da się potem „dokupić” jak nowej pralki, nawet jeśli pralka jest w promocji.
Gospodarka działa jak portfel. Dywersyfikacja to warunek przetrwania. Monokultura gospodarcza jest równie niebezpieczna jak monokultura upraw. Wystarczy jeden kryzys, jedna decyzja korporacji, jeden szok cenowy – i wszystko się chwieje. A potem nam się mówi: „rynek zadecydował”. Rynek. Zawsze winny rynek, a nigdy ci, co go ustawili jak boisko z pochyłością.
Polska jest tu dobrym przykładem. Rozwijała się najszybciej wtedy, gdy łączyła rolnictwo, przemysł i usługi w jeden ekosystem. Każda próba wtłoczenia jej w jedną rolę kończyła się utratą podmiotowości. A człowiek bez podmiotowości jest jak gospodarz bez ziemi: niby stoi na nogach, ale ktoś mu dyktuje, gdzie ma iść. I to nie jest kwestia dumy, tylko przetrwania.
Warto też pamiętać o tym, co w całej tej historii brzmi najbardziej niepopularnie, a może jest najprawdziwsze: rolnik z Podlasia, gaucho z Pampy i pracownik fabryki z Kurytyby są ofiarami tej samej logiki wyparcia. Różni ich tylko etap procesu. W tej wspólnocie losu są także kobiety, które w Polsce, Argentynie czy Brazylii trzymają na barkach gospodarstwa, księgowość, hodowlę i całe rodziny. To nie są trzy różne historie. To jest jedna opowieść o peryferiach, które zaczynają rozpoznawać siebie nawzajem.
I tu historia zatacza koło. Ludzie, którzy zasiedlali Amerykę Południową, byli często europejską klasą pracującą wypchniętą z własnych krajów przez biedę i brak ziemi. Dziś ich potomkowie znów stają się „nadwyżką”, wypieraną przez mechanizację, algorytmy i koncentrację kapitału. Ten sam proces zaczyna dotykać ich krewnych w Europie i Ukrainie. Jakby świat miał jedną maszynkę do mielenia i tylko zmieniał tabliczki z nazwami.
Dlatego zamiast bać się siebie nawzajem, producenci z UE i Mercosur powinni zacząć współpracować, bo mają identyczne interesy i identycznych przeciwników. Wymiana wiedzy, wspólne standardy, wspólny nacisk na polityków, wspólna obrona przed dominacją korporacyjną – to brzmi jak mrzonka. Ale w porównaniu z alternatywą jest to mrzonka rozsądna. Bo alternatywa jest taka, że każdy będzie się bronił osobno, a wtedy wygra ten, kto ma najwięcej kapitału, a nie ten, kto ma rację.
Jeśli Europa nie zrozumie, że Mercosur i Ukraina pokazują jej własną przyszłość w przyspieszeniu, powtórzy ich los. Europejskie „favele” nie są fantazją, tylko logiczną konsekwencją procesów, które już się zaczęły. Jeszcze mamy czas, żeby to zatrzymać. Ale niewiele. I nie zatrzyma się tego samym oburzeniem w komentarzach, tylko rozumieniem mechanizmu. Bo jak się rozumie mechanizm, to przynajmniej wiadomo, w który tryb wsadzić kij.
W styczniu 2026 roku umowa nadal budzi opór i protesty rolników, a politycy wciąż mówią, że „to skomplikowane”. Zawsze jest skomplikowane, kiedy prosty człowiek ma przegrać. To ostatni moment, żeby zobaczyć w innych własne odbicie i wyciągnąć z niego wnioski. Bo zegar tyka, a historia – jak widać – nie ma litości dla tych, którzy udają, że jej nie słyszą.
Na koniec dodam jedno zastrzeżenie, żeby nikt mi nie zarzucił, że ja tu próbuję opisać cały świat w jednym felietonie. Nie zajmuję się USA, Chinami ani Afryką nie dlatego, że te regiony są mniej ważne, tylko dlatego, że działają według innych reguł. Stany wpuszczają towary na swój rynek wtedy, gdy mają z tego przewagę. Chiny robią to samo, tylko w skali przemysłowej. Afryka zaś została tak przetrzebiona przez układy i korporacje, że mimo ogromnych zasobów ziemi uprawnej cierpi głód. To są imperia i ofiary imperiów. Dlatego ja się trzymam osi UE–Mercosur–Ukraina: bo to jest poziom, na którym Europa może jeszcze coś zrobić, zanim sama stanie się peryferią.
Zbigniew Grzyb
z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Wyjaśnienia:
1. Mercosur
Mercosur (hiszp. Mercado Común del Sur – Wspólny Rynek Południa) to południowoamerykański blok handlowy utworzony pierwotnie przez Brazylię, Argentynę, Urugwaj i Paragwaj. Z czasem jego struktura się rozszerzyła: do Mercosur należą także kraje członkowskie o różnym statusie oraz liczne państwa stowarzyszone (m.in. Chile, Boliwia, Peru, Kolumbia, Ekwador). W praktyce jednak ciężar gospodarczy i decyzyjny spoczywa na największych państwach regionu, a eksport opiera się głównie na surowcach rolnych i przemysłowych. Realnymi beneficjentami skali handlu są często globalne korporacje, a nie drobni producenci rolni.2. Favele
Favele to nieformalne dzielnice biedy, najczęściej na obrzeżach wielkich miast Ameryki Południowej, zwłaszcza w Brazylii. Powstawały masowo wtedy, gdy ludzie wypchnięci ze wsi lub z pracy w rolnictwie nie mieli gdzie się podziać. Nie są efektem „lenistwa”, lecz migracji przymusowej i braku miejsc pracy oraz mieszkań. W tekście pojęcie to używane jest metaforycznie – jako opis mechanizmu wykluczenia, a nie dosłownego obrazu europejskich miast.3. Prekariat
Prekariat to grupa ludzi pracujących w warunkach stałej niepewności: bez stabilnych umów, bez gwarancji dochodu, często bez realnej ochrony socjalnej. To praca „od zlecenia do zlecenia”, „od sezonu do sezonu”, bez poczucia bezpieczeństwa i bez możliwości planowania przyszłości. Prekariat nie oznacza biedy z wyboru, lecz brak trwałego zakorzenienia w systemie pracy.4. Gaucho
Gaucho to tradycyjny południowoamerykański pasterz i jeździec, odpowiednik kowboja, związany z pampami Argentyny, Urugwaju i południowej Brazylii. W kulturze regionu symbolizuje wolnego, samodzielnego człowieka żyjącego z ziemi i hodowli. W tekście gaucho jest używany jako figura drobnego producenta rolnego, który przegrywa nie z innym rolnikiem, lecz z koncentracją kapitału i przemysłowym modelem produkcji.5. Pampa
Pampa to rozległe, naturalne równiny trawiaste Ameryki Południowej, głównie w Argentynie, Urugwaju i południowej Brazylii. Przez wieki były podstawą tradycyjnej hodowli bydła i życia gauchos. Dziś w dużej mierze zostały przekształcone w przemysłowe monokultury i wielkoobszarowe gospodarstwa podporządkowane globalnemu rynkowi.6. Agroholding
Agroholding to wielka, często międzynarodowa struktura gospodarcza kontrolująca ogromne areały ziemi, produkcję rolną, przetwórstwo i handel. W przeciwieństwie do gospodarstwa rodzinnego nie jest związany z miejscem ani wspólnotą – ziemia jest tu aktywem, a nie przestrzenią życia. Decyzje podejmowane są według rachunku ekonomicznego, a nie lokalnych potrzeb.7. Dywersyfikacja
Dywersyfikacja to zasada polegająca na nieopieraniu całej gospodarki, regionu lub kraju na jednym źródle dochodu czy jednym sektorze. Tak jak w przyrodzie monokultura zwiększa ryzyko choroby i klęski, tak w gospodarce brak dywersyfikacji oznacza podatność na kryzysy, naciski zewnętrzne i utratę samodzielności.
Zostaw komentarz