„Żołnierz poeta nie całkiem zginął” to stwierdzenie, które odnosi się do nieśmiertelności twórczości artystów walczących i ginących za ojczyznę, a w szczególności do pamięci o nich mimo śmierci fizycznej. Często nawiązuje do postaci z pokolenia Kolumbów,
Mój przyjaciel Wojtek Banaś, z którym się znałem od wczesnego dzieciństwa z Wadowic, uważnie wsłuchiwał się w tekst śpiewanych przez zespół DePRESS pieśni z albumu wydanego przez Agencję Artystyczną MTJ . Płyta zawierała piosenki niepodległościowego podziemia z lat 1944 – 1953 w nowej aranżacji, z rockową muzyką autorstwa zespołu. Szczególnie, obok pieśni w których wykorzystano wiersze „Czerwona zaraza” Józefa Szczepańskiego i „Wilki” Zbigniewa Herberta. Szczególnie – zainteresowała go – pieśń partyzancka” Myśmy rebelianci” nieznanego kompozytora melodii i autora tekstu. Wiadomo tylko dotąd było, że ta pieśń powstała w oddziale antykomunistycznej partyzantki AK, znad Niemna, którym dowodził podporucznik Czesław Zajączkowski o pseudonimie „Ragner”, który był jednym z najbardziej znienawidzonych przez sowietów dowódców nowogródzkiej Armii Krajowej. Jego działania przeciwko sowieckiej partyzantce permanentnie zwalczającej „białopolaków”, prowadzone na przełomie 1943/44 r. na Nowogródczyźnie, a także późniejsza niezłomna walka przeciw bandyckim działaniom, godzącym w ludność polską i podjęte w związku z tym poważne uderzenia odwetowe w sowiecką administrację i siły bezpieczeństwa, doprowadziły do tego, że nowi okupanci zaczęli bać się go jak ognia, nadając mu nawet wiele mówiący przydomek – „CZIORT W OCZKACH”. Ppor. „Ragner” utrzymał się w terenie do początków grudnia 1944 r. Ze względu na popularność wśród ludności, połączoną z niebywałą skutecznością działania – stał się jednym z najzacieklej tropionych dowódców polskiej partyzantki. Swoją ostatnią walkę „Ragner” i jego 30-osobowy oddział stoczył przeciwko olbrzymiej obławie Wojsk Wewnętrznych NKWD, liczącej ponad 1400 żołnierzy. Podczas służby w partyzantce „Ragner” był dwukrotnie awansowany – do stopnia sierżanta podchorążego rezerwy (sierpień 1943 r.) i podporucznika rezerwy łączności (11.11.1943 r.). W 1944 r. został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari. Tytułowej piosenki tego albumu słuchał przyjaciel wielokrotnie i za każdym razem rosło w nim przekonanie, że autorem tekstu musi być brat jego mamy Wojciech Stypuła – porucznik „Bartek”, oficer do specjalnych poruczeń owego komendanta „Ragnera”. Od tego momentu, nie mógł zaznać spokoju, los bowiem zabitego przez sowietów wuja był jego pasją, rodzinnym obowiązkiem. Od lat poszukiwał choćby najmniejszej wzmianki o tym gdzie poor. Bartek , brat jego mamy został pochowany, śledził wszystko to, co napisano w Internecie o Żołnierzach Wyklętych działających na Nowogródczyźnie. Przekopywał dostępne w Warszawie gdzie mieszka archiwa, kontaktował się z muzeami i historykami IPN badającymi ich losy i okoliczności zgonu. Nawet byliśmy, w tajemnicy przed żonami – umówieni na wyprawę eksploracyjną w na Białoruś. Mieliśmy w zamierzeniu tam, na miejscu, chodząc śladami bohaterów, oddychając tamtym powietrzem, chłonąć całym swoim ciałem, i umysłem legendę, która przecież była historyczną prawdą, a dotyczyła przecież bliskiej Wojciechowi osoby, jednocześnie utalentowanego poety, którego obecnie, trudno znaleźć w biografiach odnoszących się do słynnych literatów. Nie uczono o nim w szkołach, a przecież całe, minione trzy, albo nawet cztery pokolenia Polaków znały i śpiewały jego wiersze „Miała baba koguta”, czy „W poniedziałek rano kosił ojciec siano” i inne.
Ostatnim wierszem Wojciecha Stypuły zachowanym w rodzinnej pamięci była modlitwa:
Ojcze nasz, Który jesteś w niebie,
gdzie dymy nie dotarły palonych polskich wsi i miast.
Tam niech się wola Twoja święci za świętymi,
wśród daleko świecących, nieskalanych gwiazd.
I cóż z tego, że w odwiecznej pokorze oczekujemy
że nam chleb powszedni dasz.
Spójrz na świat, a sam zwątpisz w swe istnienie,
Boże gdzieś kolwiek jest i jaką masz od wieków twarz.
O odpuszczenie grzechów już cię nie prosimy.
Nie chcemy w zamian, gdy nasz przyjdzie dzień,
byśmy naszym wrogom odpuszczali winy,
wyzuli się jedynych krwawej zemsty śnień.
Jedno, o co do Ciebie, Boże modły swoje ślą rzesze
Twych pokornych sług:
daj nam, Boże takie spamiętanie,
żeby każdy swe krzywdy zrachować mógł.
Żeby każdemu, czy go obudzą wśród nocy,
i o każdej godzinie dnia Mauthausen i Oświęcim krwią świeciły w oczy,
a o resztę już troskę zostaw raczej nam.
Bo długo nas w Swej dłoni giąłeś i łamałeś,
aż napiąłeś nas jak łuk – czy czujesz jak drga?
Nie utrzymasz cięciwy,
wyrwiemy Ci strzałę i przygwoździmy hydrę odwiecznego zła.
O odpuszczenie grzechów już cię nie prosimy.
Nie chcemy w zamian, gdy nasz przyjdzie dzień,
byśmy naszym wrogom odpuszczali winy,
wyzuli się jedynych krwawej zemsty śnień.
Która jest jednym z najbardziej wstrząsających tekstów modlitewnych, jakie powstały w polskiej literaturze wojennej — a jednocześnie niemal nikt o nim nie wie. „Ten wiersz jest jak krzyk człowieka stojącego na granicy rozpaczy i gniewu, człowieka, który widział rzeczy przekraczające ludzką wyobraźnię, a mimo to próbował jeszcze mówić do Boga.”
Wojciech Stypuła „Bartek” został zastrzelony przez sowietów na terenach obecnej Litwy. Dokładniej w Puszczy Rudnickiej i tam w końcu IPN jego mogiłę odnalazł. Starania mojego nieżyjącego już przyjaciela zostały uwieńczone przewiezieniem ekshumowanych szczątek brata jego matki do Polski, do Wadowic, odprawiono mszę żałobną i bardzo długim konduktem pogrzebowym , odprowadzono niezłomnego żołnierza-poetę na tamtejszy cmentarz wojskowy. Pochowano go we specjalnie wyodrębnionej kwaterze , honorowym miejscu i pośmiertnie awansowano do stopnia kapitana Wojska Polskiego.

Czytaj e-book TUTAJ.