Wokół sprzedaży TVN S.A. narosło tyle mitów, że trudno odróżnić prawdę od politycznej fantazji. Padają hasła o „spółce strategicznej”, o „konieczności zgody rządu”, o tym, że bez decyzji Rady Ministrów nikt niczego nie kupi. Brzmi poważnie. Problem w tym, że to nie tak działa.
Po pierwsze: TVN nie jest sprzedawany jako samodzielna polska spółka. Jest częścią amerykańskiego koncernu Warner Bros. Discovery. Jeśli dochodzi do zmiany właścicielskiej, to na poziomie spółki matki w USA. A polskie ustawy, rozporządzenia
czy ,,tusko-dekrety” nie obowiązują w Stanach Zjednoczonych. Nie mogą zablokować umowy zawartej między amerykańskimi podmiotami zgodnie z prawem amerykańskim. Kropka.
Po drugie: wrzucenie hasła „podmiot strategiczny” robi wrażenie, ale w prawie to nie jest metafora. Albo spółka znajduje się w wykazie podmiotów strategicznych określonym w rozporządzeniu, albo nie. TVN nie funkcjonuje tam w takim sensie, jak spółki paliwowe czy surowcowe. Orlen lub KGHM. Mieszanie tych kategorii to zabieg retoryczny, nie analiza.
Po trzecie: czy państwo ma jakiekolwiek narzędzia? Teoretycznie ma, lecz niewielkie Jeśli w wyniku globalnej transakcji zmieni się kontrola nad podmiotem działającym w Polsce, może zostać uruchomiona procedura z ustawy o kontroli niektórych inwestycji. Sprawą zajmuje się wtedy UOKiK. To jednak nie jest automatyczna „zgoda rządu na sprzedaż”, tylko tryb nadzorczy z konkretnymi przesłankami ustawowymi.
Najważniejsze jest jedno rozróżnienie: brak jurysdykcji nad transakcją w USA nie oznacza braku nadzoru w Polsce. Ale też nadzór w Polsce nie oznacza prawa do blokowania amerykańskiej umowy.
Dlaczego to ma znaczenie? Bo zbliżają się wybory parlamentarne w 2027 roku. TVN od lat ma wyraźnie liberalny profil redakcyjny i dla wielu był medialnym zapleczem jednej strony sceny politycznej. W takiej atmosferze łatwo podkręcić narrację o „obronie suwerenności” i „kontroli nad strategicznym medium” i tak robi Giertych i jemu podobni.
Tyle że prawo nie działa na hasła. Ostudze też emocję.
Zmiana właściciela w USA nie oznacza automatycznej wymiany redakcji w Warszawie, a szkoda. W wielkich koncernach najpierw liczy się wynik finansowy i stabilność rynku, nie ideologiczny rebranding. Jeśli coś się zmieni, to raczej w zarządzie i strukturze kosztów niż w paskach informacyjnych z dnia na dzień.
W tej sprawie potrzeba mniej emocji, a więcej czytania ustaw. Bo dziś największym problemem nie jest to, kto kogo kupuje. Problemem jest to, że politycy próbują sprzedawać opinii publicznej uproszczoną wersję rzeczywistości, w której państwo może wszystko albo nie może nic.
A prawda, jak zwykle, jest bardziej przyziemna: może tylko tyle, ile pozwala mu prawo. I ani milimetr więcej.
Zostaw komentarz