Dwa dni temu dałem się namówić koledze, żebyśmy wspólnie pojechali do Panczewa, koło Belgradu, po drugiej stronie Dunaju. Bo Karol w internetach wydłubał starego Serba, który chciał sprzedać Yugo Korala z 1981 roku. Ze śmiesznym przebiegiem, bo ten stary Serb – Goran mu było na imię nawet do cerkwi nim nie jeździł, bo był wierzącym komunistą. Używał tej Zastavy wyłącznie do pijackich rajdów po okolicy, dwa razy tylko był nią podobno w Belgradzie.
Pojechaliśmy nocnym pociągiem z przesiadką w Budapeszcie. Za Ostrawą dziabnęliśmy po winku na dobry sen. I zapaliliśmy papierosa w kiblu. Do granicy węgierskiej był względny spokój. Przed Budapesztem dosiadła się do nas stara Cyganka w tych ich kolorowych chustach, spódnicach i innych tajemniczych ozdobach, więc już nie spaliśmy.
O 8:00 nad ranem byliśmy już na dworcu Budapest-Keleti p.u. Musieliśmy się przemieścić do dworca Budapest-Nyugati p.u., a że mieliśmy dwie godziny na przesiadkę do pociągu do Suboticy, a teren był mi ogólnie znany poszliśmy do takiej knajpy IV kategorii na Szondi utca, w której napiliśmy się po trzy kieliszki pożywnej palinki i zamówiliśmy sobie po bułce ze smalcem z mangalicy i kiszoną papryką. Na głowę wyszło to po niecałe 2 tysiące forintów.
Bilety mieliśmy kupione do Tompy, węgierskiej stacji granicznej, potem zamierzaliśmy przejechać granicę na krzywy ryj, mając przygotowane po 5 euro w bilonie na łapówkę dla kanara lub innego mundurowego, który by się stawiał. W pociągu panował zapach przepalonej papryki, koleś w przedziale wciągał już drugi kawałek najtańszej kiełbasy zagryzając pieczoną papryką, którą wielkimi paluchami wyciągał ze słoika, który trzymał między nogami. Próbował z nami rozmawiać, ale nasze języki nie należą do tej samej rodziny, to mu tylko wyrecytowałem po węgiersku: Nem ertem. Lengyelországból származom (nic nie rozumiem – jestem z Polski). I odczepił się.
Na granicy słabo, bo wparował kanar. Coś tam gadał po węgiersku, ale się zmęczył i skisł. Baterie mu się najwyraźniej skończyły. Po przejechaniu na drugą stronę granicy byliśmy już w Jugosławii. Przyszła młoda konduktorka i usiadła Karolowi na kolanach. Dziwne to było trochę, ale Karol nie protestował, przeciwnie – był zadowolony. Zeszła z niego dopiero w Suboticy. Później odkryliśmy, że wszystkie miejsca były zajęte, więc usiadła gdzie się nadarzyło.
W Suboticy zjedliśmy burka i załapaliśmy się na nocny autobus do Belgradu. Taki z firankami. I turbofolkiem z głośników. Przespaliśmy się w nim, po czym w Belgradzie wzięliśmy po wielkopańsku taksę do Panczewa.
Dojechaliśmy w końcu do tego Gorana, Zastava stała przed domem i błyszczała jak psu jajca w słoneczny dzień. Karol przetestował auto, wręczył Goranowi pierdylion tych ich bałkańskich szekli i ruszyliśmy w trasę do Belgradu. Goran zapraszał na obiad lub choćby kawę, ale nie chcieliśmy tracić czasu, poza tym przynajmniej ja kupując od kogoś auto, nie chcę go mieć w swojej pamięci.
W Belgradzie, zaparkowalićmy samochód i poszliśmy do baru oblać zakup. Trochę się tam zasiedzieliśmy, po czym w Karolu obudziła się ułańska fantazja. Powiedział, że podriftujemy sobie po Belgradzie. Na ulicy Cara Mikołaja II po pościgu trwającym dobry 10 minut zatrzymała nas policja.
No i siedzimy teraz jak te orły z połamanymi skrzydłami na dołku, w oczekiwaniu na przyjazd konsula. Na pewno będzie szczęśliwy, że musi do nas przyjechać w prawie święta. Siedzimy na Полицијска станица – Вождовац. Dają jeść i pić, więc nie jest źle. Na Święta jednak do domu nie wrócimy.
Zostaw komentarz